Blog lajfstajlowy

niedziela, 28 grudnia 2014

Ratunku, siedzę w kiszce

Skoro poruszone zostały już tematy kulturalne, kosmetyczne i ogólnożyciowe, może by tak zająć się dla odmiany tematem wnętrzarskim. Teoretycznie powiedzieć wiele nie mogę, gdyż nie dysponuję calutkim mieszkaniem na własność i nie moge podzielić się doświadczeniem w zagospodarowaniu większych powierzchni. Jednak w myśl zasady "wiem, to się podziele, a ktoś może skorzysta" chciałabym napisać parę słów o życiu w niedużym i mało ustawnym pokoju. Szczególnie polecam osobom, które w takowym spędzają całe życie i po latach ogarnia ich już zupełna beznadzieja, a także tym, które w ciasnej przestrzeni znalazły sie nagle (czyli głównie ci, którym przyszło wynajmować swój kąt z okazji studiów itp.).

Co mogę powiedzieć od siebie na wstępie: nie, nie jestem w stu procentach zadowolona z tego jak teraz mam urzadzoną swoją przestrzeń, jednak z biegiem czasu dokonuję w niej istotnych zmian. Dzięki temu krok po kroku zbliżam się do wnętrza co raz bardziej estetycznego i funkcjonalnego.

Przepraszam za brak zdjęć mojego pokoju. To niestety nie będzie typowy wpis "Przed i po", gdyż jak już parokrotnie wspominałam, nie chcę (przynajmniej na razie) wpuszczać dzikich internetów do mojej przywatności. Myślę jednak, że poradzę sobie i bez takiego dosłownego ilustrowania.

Jak wszystkie moje posty, ten także będzie zupełnie subiektywny i pisany przez amatora, więc państwo wnętrzarze dupa cicho.



1. Zasady ogólne

a) Jednolite, jasne ściany.
Jest to bolączka, z którą wciąż jeszcze się nie uporałam. W przypływie nastoletniej fantazji swego czasu zarządziłam malowanie mojego pokoju na niebiesko-żółto i niestety tak zostało do tej pory. Nie mówie, że te kolory są złe, ale po pierwsze - odpowiednio użyte, po drugie - nie koniecznie do prywatnej sypialni w gruncie rzeczy dorosłej osoby, prędzej dla kilkulatka. Na pewno jednak w moich czterech ścianach nie zastosowałabym nigdy ciemnych i przytłaczających farb czy tapet albo paneli ciemnego drewna. Oczywiście istnieją bardziej dokładne instrukcje jak optycznie powiększyć pomieszczenie i stworzyć iluzję przestrzeni, ale te zostawię profesjonalistom

b) Nie za dużo wysokich mebli
Jeszcze do niedawna zabudowana byłam ze wszystkich stron drapaczami sufitu - regałami, szafami etc. Na mojej liście do eksmisji wciąż znajduje się olbrzymia trzydrzwiowa szafa zwana pieszczotliwie bydlęciem, jednak już zastąpienie jednego wysokiego regału niską komodą dało trochę oddechu. Ba, nawet minimalne obniżenie niektórych mebli - w moim przypadku zamiana łóżka z barokowym niemal zagłówkiem na proste - daje dużo.



c) Regularne odgracanie
Jestem bałaganiarzem i jestem chomikiem, a problem zagracenia dotyczy zarówno "zewnętrza" jak i chociażby mojej szafy z ubraniami. Jednak od czasu do czasu, gdy mnie coś napadnie, biorę wielkie worki na śmieci i pakuje do nich wszystko jak leci bez litości. Jeśli zaś moje serce zmięknie (nie potrafię np. wyrzucać literatury pięknej i pluszowych misiów) resztę ładuje do piwnicy. Niestety, strychem nie dysponuje, ale jeśli ktoś ma to polecam skorzystać. Wiem, że większość pewnie się skrzywi, ale niestety - jeśli chcesz funkcjonować w małym pomieszczeniu, to nie możesz sobie pozwolić na utonięcie pod hałdami śmieci. Plus, to z czym sama mam problem - nie tylko wyrzucanie, ale po prostu zwykłe codzienne porządkowanie. Wkładanie ubrań do szafy, książek na półki, papierów do szuflad, kosmetyków do pojemników etc. Nieodzowne, a jakże trudne :(

d) Mało przedmiotów na wierzchu
Pewnie pod koniec czytania tego postu każdy będzie miał powyżej uszu wzmianek o pudłach i pudełkach, ale dysponując niewielką przestrzenią koniecznie trzeba się z nimi zaprzyjaźnić. Jedno estetyczne pudełko na półce wygląda o wiele lepiej niż 20 rozstawionych bilelotów. Papiery na wierzchu to coś co psuje ład w sposób tragiczny. Dlatego oprócz nauki POZBYWANIA się, ważna jest też nauka GROMADZENIA i UKRYWANIA. Niczym wzorowy szeregowy opanować musimy sztukę kamuflażu.
Pamiętać jednak należy o jeszcze jednej rzeczy - nagromadzenie niemożliwej ilości pudeł we wszystkich wzorach i kolorach świata też nie jest dobre. Więc zanim zaczniesz znosić je do domu, przemyśl dobrze jakiej mają być wielkości, jaki kolor lub zestaw kolorów może pasować do wnętrza, na co każdy z pojemników przeznaczysz. W ten sposób zapanować można nad estetycznym chaosem.



2. Pro-tipy szczegółowe czyli FAQ stworzone z pytań, które sama sobie zadawałam.

a) W małym pokoju nie mam miejsca na porządne biurko, tymczasem jest mi ono niezbędne. Co robić?

Oczywiście istnieją różne skuteczne sposoby. Wiele osób poleca zakupienie po prostu niedużego stolika, pod którym można w zastępstwie szuflad trzymać estetyczne pudła. Niektórzy do roli biurka adaptują nawet parapety. Są to sposoby dobre zwłaszcza dla tych, dla których mały pokój jest przejściowym miejscem zamieszkania i nie muszą inwestować w meble na lata. Ja jednak zawzięłam się i postanowiłam znaleźć biurko w ścisłym tego słowa znaczeniu. Przyszedł bowiem czas, że moje ponad 15-letnie miejsce pracy (o jego stanie i urodzie lepiej nie mówić) przestało się nadawać do czegokolwiek. Przełaziłam sklepy meblowe bez większych nadzieji - wszystkie biurka były albo zbyt szerokie (dysponowałam mniej więcej metrem szerokości blatu), albo zbyt proste (sam blat z jedną szufladką nie wchodził w grę - w mieszkaniu gdzie i tak nigdy nie wiadomo gdzie co schować mimo wspomnianego odgracania). Oświecenie jednak nadeszło, kiedy wpadłam na biurko narożne, o blacie w kształcie kwadratu z 'obciętym' jednym rogiem, tam gdzie docelowo przy nim siadamy. Strzał w dziesiątkę - mieściło się na szerokość z dużym zapasem, powierzchnia blatu przeogromna, a pod spodem bogactwo półek i szafek. Tak więc biurko narożne polecam każdemu posiadaczowi ciasnego ale własnego.



b) W czym trzymać szpargały? Tak, żeby było tanio, ale jakoś wyglądało?

Odpowiedź prosta i szybka - kosze wiklinowe. Dostępne w różnych kolorach, kształtach i rozmiarach. Jeśli zaś kosze wiklinowe zupełnie Ci nie podchodzą, zostają pudła i pudełka. ew w opcji zapewne nieco droższej - skrzynie. Jeśli ma się talent plastyczny i wyczucie można eksperymentować z własnoręcznym ozdabianiem, oklejaniem, malowaniem i czym się tam chce.
Ważna rzecz - plastikowe kosze i tym podobne wyroby są słabym pomysłem, gdyż ą mało wytrzymałe i bardzo łatwo można je wykończyć.
Druga ważna rzecz - lepiej żeby pojemniki nie były wyposażone w dziury czy przezroczystości - niech szpargały zostają w ukryciu.

c) Moja szafa nie wyrzymuje naporu ciuchów - co robić?

Kupić mniejszą szafę. Albo w ogóle z niej zrezygnować. Poważnie. Jak wspominałam, w moim pokoju po dziś dzień króluje niestety trzydrzwiowe monstrum, które w dodatku ma swoje lata i jego stan zaczyna być opłakany. Oraz, oczywiście, w ogóle nie mieszczą mi się w nim ciuchy, a każda kolejna próba ogarnięcia tego chaosu kończy się rwaniem włosów z głowy. Dlatego też w nadchodzącym roku planuję pozbycie się molocha i zakupienie czegoś w zamian. Być może półek, być może wąskiej szafy dwudrzwiowej, być może wieszaka. Jest to plan jeszcze nieokreślony. Cel jest jednak jeden - muszę sama siebie zmusić do wyrzucenia połowy ciuchów. Podziwiam, naprawdę w głębi serca podziwiam ludzi, którzy potrafią żyć z kilkoma ciuchami na krzyż i są z nimi zupełnie szcześliwi. Odsyłam tutaj do postu Style digger -  być może zainspiruje kogoś do zrobienia generalnej rewolucji w swojej garderobie. Każda z nas wie jak to jest - już nawet otworzysz tą szafe, nawet przygotujesz wory, które potem wyniesiesz do kontenera lub których zawartość przedstawisz koleżankom, ale znowu niemoc! Ten ciuch to pamiątka z niezapomnianych wakacji. Ten dała Ci mama, więc będzie jej przykro jak wyrzucisz. Ten miałaś na sobie dwa razy w mijającym roku więc to znaczy, że nosisz i jest Ci wciąż potrzebny. STOP. NIEPRAWDA. Trzeba się raz na zawsze pozbyć sentymentów i zostawić to, co najbardziej potrzebne. Nie trzeba oczywiście popadać w skrajności - nikt nie każe żyć przez rok z dwoma t-shirtami i jednym swetrem. Natoiast należy nauczyć się pozbywać. Jeśli zaś szkoda Ci, że tyle świetnych ciuchów idzie na marnacje, tyle pieniędzy do wora trafia, to po prostu sprzedaj. Allegro czy facebookowe grupy stoją otworem, niech inne baby się z nimi męczą. Dla dodania odwagi przypominam, że sama w najbliższej przyszłości się z tym zmierze i pewnie też nie będzie łatwo. Jestem jednak pewna, że po dokonaniu tego dzieła poczuję niesamowitą ulgę. Poza tym jeśli faktycznie opylisz pare szmatek, to wyobraź sobie już te zakupy, na które wydasz zarobioną kasę. Byle nie przynieść do domu ogromnej ilości ciuchów! Kup wtedy dwie-trzy bazowe rzeczy dobrej jakości, a nie będziesz żałować.



d) Coś mi nie leży, nie mam pojęcia co. Halp.

Często nieodzowną pomocą w rozwiązaniu problemu małego pomieszczenia są postronni obserwatorzy. Życie w jednym pokoju dzień w dzień, przez lata, sprawia, że przestajemy zauważać to co jest nie tak i miotamy się nie wiedzac co jeszcze można poprawić. Zaproś koleżanki/rodzinę/przystojnego mężczyznę i zapytaj co oni by tutaj zmienili. Ktoś w końcu wpadnie na coś odkrywczego.

e) Wszystko to fajnie pod warunkiem, że dysponuje sie kasą. Co jeśli nie?

Wśród wszystkich rzeczy, o których pisałam jest jedna, która nic nie kosztuje, a nawet może przynieść zysk. Jest to oczywiście POZBYWANIE się. To można zrobić zawsze, a gwarantuję, że jest to ogromny krok w stronę opanowania niesfornego ciasnego pomieszczenia. Od tego z resztą zawsze należy zacząć, bo najzgrabniejsze meble i najsprytniejsze iluzje kolorystyczne nie sprawią, że przestrzeń się powiększy, o ile przede wszystkim nie zostanie ona po prostu odkopana spod zwałów śmieci, które nikomu w rzeczywistości nie są potrzebne.

f) Mój pokój to wciąż klitka, a nie przytulne gniazdko. Jak to zmienić?

Należy pamiętać, że nieocenioną rolę w wyglądzie pomieszczenia odgrywa oświetlenie. Najlepiej, wg mojego doświadczenia, żeby było ono "stopniowe". Już tłumaczę. Musisz na bieżąco mieć swobodę decydowania o tym jak będzie oświetlony twój pokój. Dobra lampa na suficie, żeby w razie potrzeby dysponować dokładnym doswietleniem każdego kąta. Gdy chcesz poczytać - niewielka lampka w okolicach łóżka dająca ciepłe, nieco stłumione światło. Do pracy - lampka na biurku, która da niezbędne doświetlenie blatu. Daję słowo, że w moim pokoju są obecnie trzy lampy, a czwarta w zapasie. Manipulując światłem można uzyskać zarówno efekt przytulności jak i przestrzeni (w sumie to uzupełnienie tego o czym mówiłam na początku - światło = przestrzeń).

*****

Dziękuję za uwagę i zaprazam do zadawania pytań wszystkich posiadaczy malych powierzchni mieszkalnych :)

piątek, 26 grudnia 2014

Pomówmy po babsku

Długo zastanawiałam się nad sensownością pisania tego posta. Nie jestem sławną blogerką i tu z prawej strony nie patrzy na was perfekcyjnie zrobiona twarz ulubienicy tłumów. Potem jednak pomyślałam, że sama lubię w sieci spotykać podobne wypocinki, nieważne u kogo. Poza tym fakt, że nie dostanę za niego ani grosza może świadczyć o jego absolutnej szczerości i w przypadku czyjegoś cudownego zawitania w te progi być może się przyda.

Więc CZEŚĆ DZIEWCZYNY i jedziemy z listą kosmetyków i te pe, które na co dzień ratują mi skórę (i inne części ciała):

1. Krem do rąk



Z racji tego, że po pierwsze moja skóra, zwłaszcza na dłoniach, lubi się wysuszać, a będąc skórą atopową - okropnie pękać, piec i swędzieć, a także przez to że przynajmniej dwa-trzy razy w tygodniu muszę pracować w rękawiczkach, krem do rąk jest nieodzowną częścią mojego życia codziennego. Nie tylko mojego z resztą, jeśli pójdziesz do moich dziewczyn z roku i rzucisz grzecznym pytaniem "Ej laski, ma któraś krem do rąk?" dostaniesz 10 wyciągniętych momentalnie tubek. Czasem dwie w jednej dłoni.
Może to kwestia autosugestii, ale w moim przypadku sprawdzają się tylko kremy Garniera. Kiedyś klasyczny czerwony, teraz ten "Nawilżenie 7 dni" o zapachu mango (opakowanie jest teraz lekko zmienione, stosuje zdjęcia z internetów dla zachowania pozorów prywatności <ok>)
Miałam też krótki romans z kremem Eva Natura Zioła Polskie, ale mimo pozytywnych opinii krążących po sieci wywołał u mnie jedynie wstręt do cytrynowych zapachów. Zbyt wodnisty, za mało hardkorowy dla moich biednych łapek. :( Smutna buzia.

2. Jedwab do włosów.


Product 2

Prawdopodobnie nigdy nie zasłużę sobie na tytuł włosomaniaczki, bo też niestety swoje włosy mam zazwyczaj w głębokim poważaniu. Nie narzekam na nie, bo przynajmniej mam ich sporo (chociaż cienkie) i ogólnie "dają radę", ale lepiej nie mówić kiedy ostatnio byłam u fryzjera albo robiłam im cokolwiek niezwykłego poza (o zgrozo!) nieustannym farbowaniem na różne lisie (a jakże) kolory. Mimo to jest jedna rzecz, która trochę mnie rozgrzesza - nauczyłam się stosować jedwab do włosów. Polecam wszystkim serdecznie jedwab (właściwie 'odżywkę z jedwabiem') Marion Natura Silk. Nie mam co prawda porównania z innymi, ale niech to świadczy o tym, że pierwszy strzał był zupełnie zadowalający. Oprócz tego po każdym myciu leci też odżywka w sprayu Gliss Kur oraz...

3. Pianka do włosów

To jest klasyczny przykład sytuacji pt "dzieci słuchajcie rodziców". Pewnie gdybym wcześniej stosowała się do rad odnośnie używania pianki do włosów, to pare szczenięcych lat mniej przełaziłabym w wersji na szczura kanałowego. Teraz jestem już szczurem napuszonym. Dla mnie osobiście najważniejszym efektem działania pianki jest to, że włosy trzymają się na jednym myciu 2-3 dni. Doświadczalnie sprawdzone zostało, że moje hery w wersji saute kluchują się po kilkunastu godzinach <tak> Ale uwaga, pianka Wellaflex koniecznie o mocy 5, słabsze to jedynie 1-1,5 dnia radości.

4. Lakier do paznokci



Paznokciomaniaczką też nie jestem. Może wręcz jestem nicmaniaczką. Ale to nie zmienia faktu, że te milusie okrąglusie lakiery Miss Sporty dażę uczuciem odwzajemnionym. Może i nie są wielkie objętościowo. Może faktycznie szybko tracą swoje właściwości i wysychają w buteleczce (ja akurat nie narzekam, to opinia zasłyszana). Ale dla takich manualnych nieogarów jak ja są fantastyczne. Po pierwsze jest coś w oryginalnym dosyć grubym i okrągłym pędzelku. Po drugie nie trzeba mozolnie nakładać tysięcy warstw i walczyć z nierównościami - szast prast, jedna warstwa, druga dla intensywności i wyrównania i jadę. Kilka dni, mimo że i dla paznokci nie mam miłosierdzia. Aha, i najważniejsze - kosztują ok 7 zł ;D Najnowszym nabytkiem jest obecnie kolor musztardowy, ale jeszcze nie miałam odwagi użyć, natomiast świątecznie występowałam w kolorze malinowym.


5. Kredka do oczu


Oczy to jedna z nielicznych części ciała, na które w duchu nie narzekam (oczy nie tyją! wow wow). Lubię ich kształt i kolor, więc należy im się z tego tytułu odpowiednia oprawa. Oprócz tego co robi większość z nas, czyli tuszowania (Rimmel Extra Super Lash w moim przypadku), na codzień stosuję także kredkę. Od lat niezmiennie w kolorze ciemnego brązu (prawie czarny, ale jednak ta ciepła nutka!), zawsze od l'Oreala. Czasem z pyndzlem (boleje, bo takową gdzieś posiałam :() czasem bez, czasem na dolną powiekę, czasem na obie (była też faza na górną powiekę jedynie, ale jakoś przeszła). Bez kredki czuję się jakaś taka niedorobiona, nieokreślona i nieprofesjonalna (tak jakby kredka miała cos tu pomóc, ha-ha)


***Bonusssss: Jak zrobiłam, że nie mam pryszcza:

Cieszę się, że od jakiegoś czasu znajome (zwłaszcza te dawniej widziane) mówią, że mam obecnie ładną cerę. Nawet bardzo, bo wcale nie byłam pod tym względem łagodnie potraktowana przez los. Całe wieki temu, w nieszczęsnym czasie gimnazjum, z moją twarzą zaczęły się dziać złe rzeczy. ZŁE. BARDZO. Oczywiście w ruch poszli dermatolodzy, antybiotyki... jasne, działało, dopóki miłe bakterie, w zemście za surowe traktowanie, nie postanowiły odrobinkę nabyć oporności i nie urządziły sobie ponownej imprezy w czasach liceum. Pewnie człowiek normalny poszedłby znowu do lekarza i wyszedł z receptą na kolejny antybiotyk, suszył sobie nim skórę twarzy kolejne x lat i nie wiadomo co dalej. Mnie tym czasem wybawił przypadkiem wynaleziony żel z oczarem:


Jedyne co można było mu zarzucić to lekko nieprzyjemny zapach (antybiotyki potrafią walić gorzej...), ale przy stosowaniu na noc nie miało to większego znaczenia. Przy wsparciu, oczywiście, odpowiedniej higieny oczar zadziałał rewelacyjnie. Nie ukrywam, że mogła być to też po prostu kwestia "wyrośnięcia" z trądziku, ale w takim razie muszę być jakimś cudownym przypadkiem, który przeszedł z jednego ekstremum w drugie. Tak czy siak polecam jednak tą niepozornie wyglądającą tubkę. Aha, jak to z żelami bywa, ten także bardzo przyjemnie chłodzi skórę. Przynajmniej z tego co pamiętam, bo teraz jestem w sytuacji na tyle dobrej, że wystarcza mi jedynie codzienne mycie twarzy. Do tego zaś od lat stosuję niezmiennie Nivea Visage Clean Deeper - miły żelopeeling.


Swoją drogą ostatnio nie widzę go na półkach więc jakby ktoś miły kiedyś przypadkiem tu był i wiedzial czy zniknął czy zmienił dizajn czy jeszcze co innego to proszę o cynk
I takie jakby PS2: jakby ktoś polecił dobry dla nowicjuszki eyeliner w pędzelku lub pisaku to też miło by było ;)

Pozdrawiam i spóźnione Wesołych Świąt :)

środa, 26 listopada 2014

By your powers combined...

... czyli nie za długa i nie za krótka lista rzeczy (i nie tylko rzeczy), które chętnie pożyczyłabym od serialowych bohaterek.

1. Fryzura - Lagertha Lothbrok, "The Vikings"


Jako że co jakiś czas ktoś uświadamia mnie, że jestem absolutnie beznadziejnie potarganym człowiekiem, to wcale nie zamierzam się z tą cechą rozstawać. Dlatego też wiecznie potargane fryzury Lagerthy zdobyły moje serce. Uwielbiam także wszelakie plecionki na długich włosach (być może dlatego, że sama jestem w tej materii kompletnym beztalenciem), a już wplecione we włosy łańcuchy to absolutny hicior. Niech Twoje dzikie włosy pokażą Twoją dziką naturę!


2. Praca - Lucy Elkins, "The Knick"


W branży medycznej mało było chyba tak ciekawych momentów, jak przełom XIX i XX wieku, dlatego też moim zawodowym marzeniem mogłaby być emocjonująca praca w służbie zdrowia tamtych czasów. Obserwować rodzącą się nowoczesną naukę i asystować w pracy wybitnych lekarzy (bo na bycie samym lekarzem jestem trochę zbyt bojąca się) to coś, w czym z całą pewnością czułabym się spełniona. No i gustownym, białym sukniofartuchem bym nie pogardziła.


3. Dom - Lucy, "Ranczo"


Czy jest bardziej perfekcyjne miejsce do zamieszkania, niż piękny, cichy dworek gdzieś na końcu świata? Przebija wszystkie apartamentowce i wille z basenem, stanowi idealne połączenie sielskiego azylu i wygodnej rezydencji. A moim małym przydomowym marzeniem jest okrągły podjazd z klombem (który Wilkowyjski dworek także posiada!), chociaż jest już mała szansa na podjeżdżanie pod ganek powozem :)


4. Smoki - Daenerys Targaryen, "Gra o tron"


Tego chyba nie muszę wyjaśniać, bo w końcu kto nigdy nie marzył o smoku?
Ja przynajmniej zawsze.


5. Bryka i kumple - Zoë Washburne, "Firefly"


Chociaż od mojej przygody z serialem "Firefly" minęło już naprawdę sporo czasu, to nadal dobrze pamiętam ten klimat i sądzę, że trudno wyobrazić sobie lepszą zabawę niż przecinanie kosmosu ze zgraną ekipą. A bycie space cowboy'em to zdecydowanie zajęcie dla dam. Bez dwóch zdań. Bez kobiety w kosmosie ani rusz. Plus, związek z kolesiem, który steruje statkiem kosmicznym - żadna by się nie oparła.




6. Styl i urok osobisty - Long Susan, "Ripper Street"


W życiu codziennym trochę brakuje mi do bycia damą (pracuję nad tym, poważnie), dlatego pewnie tak bardzo podziwiam niewymuszony urok i elegancję uroczej burdelmamy (oksymoron?). U tej kobitki nawet sposób chodzenia czy mimika mówią "może i param się sutenerstwem, ale i tak jestem wyższą ligą". Jednocześnie podziwiam też to, że można być wyrafinowaną elegantką mając w sobie jednocześnie dużo ciepła, dlatego Susan zawsze będzie miała swoje miejsce w moim serduszku.




7. Oczywiście, że ciuchy - Aria Montgomery (i inne bohaterki) "Pretty Little Liars"



Z dumnie podniesioną głową powiem: tak, oglądam serial o amerykańskich nastolatkach. I jeśli już na czyimś ubiorze miałabym się wzorować (prawdopodobnie i tak byłaby to syzyfowa praca) to właśnie na Arii (głównie) i jej przyjaciółkach (w pojedynczych przypadkach). Jeśli w ogóle jest tu potrzebne jakieś usprawiedliwienie, to chyba każda kobieta lubi czasem po prostu popatrzeć na ładnie ubranych ludzi po czym sama próbować swoich sił w tej materii.



THE END

środa, 19 listopada 2014

Jak to się stało, że noszę fartucha i co za tym idzie.

Każdy z nas ma jakieś wyobrażenie (lub doświadczenie :D) na temat bycia studentem, przynależności do tej jednej wielkiej rodziny moczymord i imprezowiczów. Bądźmy jednak szczerzy, w praktyce to nie zawsze tak wygląda, a już na pewno nie wygląda kiedy idziesz na TE studia.


Traf życiowy chciał, że trafiłam na uczelnię medyczną. Nie na kierunek lekarski konkretnie, ale na coś porównywalnie hardkorowego pod względem ilości nauki, pożeranego czasu, stresów i przyszłej odpowiedzialności za życie drugiego człowieka. Stało się tak nie "ponieważ czuję w sobie taka potrzebę ażeby ratować świat" ale na zasadzie "jak już zdałam maturę z tego i z tego, to trzeba z tym coś konkretnego zrobić". Tak to się zaczęło. Kiedy już postanowiłam że tak będzie, to nagle też pojawiło się we mnie coś na kształt ambicji, zakupiłam fartuch (i buty!) i poczułam się całkiem cacy.

Po tym krótkim wstępie zapytajmy więc: po co piszę ten post? Dla tych, którzy jeszcze nie wybrali się na studia, a zamierzają i nie wiedzą co będzie dla nich najlepsze. Dla tych, którzy już studiują, ale z levelem expert w dziedzinie bycia żywym zombie nie mieli styczności i chcą wiedzieć jak to w zasadzie jest. Dla tych, którzy trafili podobnie i chcą się łączyć w 'bulu i nadzieji', ale także w bardziej pozytywnych aspektach naszego żywota. I w ogóle dla wszystkich, którzy chcieliby się dowiedzieć o co właściwie chodzi.



Uwaga, pisze to oczywiście z perspektywy studenta medycznego i na własnej skórze nie doświadczyłam studiów humanistycznych, ekonomicznych, prawniczych czy jakichkolwiek innych. I nie jest to też post skierowany wyłącznie dla studentów medycyny (czy jak kto woli "lekarskiego")! Wręcz przeciwnie, sądzę, bo jednak medycyna to przypadek dosyć szczególny i zostawię to ludziom doświadczonym w dziedzinie. Piszę więc tak jak mi się wydaje i co moim zdaniem najbardziej charakteryzuje moją drogę naukowej kariery ;)

Aye, więc startujemy

1. Jak to jest faktycznie z nauką?
Nauka jest. <wow>. Jest jej dużo. Jest naprawdę różnorodna, zwłaszcza na początku (pierwsze dwa lata, I think) kiedy lecisz z przedmiotami ogólnymi i musisz ogarnąć WSZYSTKO. Chemię, fizykę, biologię, statystykę, a nawet takie pierdółki typu psychologia czy socjologia, i, bolesna dla szczególnie opornych na humanizm, historia. Nie jest to łatwe do przełknięcia (moja pierwsza zimowa sesja to tramumatyczne wspomnienie do tej pory), ale konieczne. Możesz się kłócić - a po co mi to, czy tamto. I ja nie powiem Ci, że to wszystko będzie a) zapamiętywalne b) przydatne w dalszym toku studiów. Ale trzeba umieć się rozkręcić, na tych właśnie przedmiotach przyzwyczaić się do tego jak masz myśleć, uczyć się, kombinować i walczyć. I nawet jeśli na początku jest trudno, kolos za kolosem leci niezdany, a ty gryziesz w nocy poduszkę z frustracji, to wyjdziesz po tym mocniejszy i gotowy na naukę tego co będzie napawdę istotne. Poza tym sądzę, iż procentowo częściej niż w szkole okazuje się, że kiedyś to czy tamto naprawdę się przyda. Potem bowiem, kiedy wchodzą "przedmioty zawodowe", jesteś już wkręcony w temat, a zajęcia są coraz ciekawsze i bardziej konkretne.
Częstotliwość kolosów/wejściówek/zaliczeń? Różna, ale jednak duża. Nie ma co liczyć na dwa lajtowe koła na semestr i wesołe opierdalanie się. Bardzo wielu prowadzących, zwłaszcza w tych wcześniejszych latach, wali wejściówkę za wejściówką. I chociaż czasami w praktyce niezdana wejścówka nie oznacza wywalenia na zbity ryj z cwiczeń, to jednak i takie sytuacje mają miejsce.
Zaznaczam jednak, że wbrew pozorom nie trzeba być orłem żeby ogarnąć to umysłem. Na swój kierunek dostałam się jako jedna z ostatnich na liście, a przeżyłam już parę lat bez żadnego warunku ni powtarzania roku tym bardziej. Poprawek, czy to kolosów czy całych egzaminów, już nie liczę, ale z odpowiednią dozą cierpliwości i odporności na stres wszystko jest do przełknięcia. Na mojej uczelni panuje przekonanie, że "trudniej jest się tu dostać niż wylecieć" i póki co jak najbardziej to się sprawdza. Jeśli ktoś wypadł z obiegu, to naprawdę było to na jego własne, bardzo wyraźne życzenie, względnie nierobienie absolutnie nic (łącznie z uczestnictwem w zajęciach :D)


2. Jak wyglądają zajęcia?
No cóż, ja z kolei nie potrafię wyobrazić sobie zajeć na studiach humanistycznych, a u nas jest to po prostu... robota i tyle :D Chociaż to też zależy od przedmiotu, oczywiście, ale w większości przypadków jest to po prostu laboratorium, gdzie latasz odczynnikami, parzysz sobie paluchy, otaczasz wonnymi oparami, uczysz sie obsługiwać jakieś niewyobrażalnie nieogarnialne sprzęty, siedzisz nad mikroskopem, ugniatasz fantomy, roztapiasz się pod wpływem kilkunasu rozstawionych po sali palników... etc etc etc. Ale na pewno nie będziesz się nudzić i mówię to zupełnie poważnie, w sensie pozytywnym. Nie szłam na te studia z jakiegoś szczególnego powołania, a jednak naprawdę często przyjemność sprawia mi wykonywanie tego wszystkiego co kiedyś oglądało się tylko na filmach.
Oczywicie istnieją też zajęcia "siedzone". I wbrew pozorom często są one bardziej wyczerpujące, bo siedzenie w miejscu i słuchanie nie koniecznie ciekawych tematów (lub udawanie, że się słucha) wypompowuje z sił bardziej, niż takie szalone latanie.

3. Czy naprawdę nie mam czasu na nic poza tym? Czy nie mam już życia?
Bzdura. Oczywiście, że życie jest, zwłaszcza że każdy normalny człowiek potrzebuje od czasu do czasu odstresowania i robienia tego co lubi, a nie tego, co musi. Każdy ma na to swój własny sposób. Jest czas na znajomych, nawet czas na jakieś podróże, imprezy, hobby lub myślenie o niebieskich migdałach. Ja z resztą osobiście nie jestem typem kujona masochisty, który cały Boży dzień ryje na pamięć skrypty od deski do deski. A mimo to, jak wspomniałam wyżej, w miarę bezboleśnie dotarłam już całkiem daleko.



4. Nastraszyli mnie na pierwszych zajęciach, czy naprawdę wszyscy prowadzący to tyrani?
Nie :D Pierwszoroczniak na pierwszych kilku "zajęciach organizacyjnych" może się czuć przytłoczony, w końcu znajduje się teraz w zupełnie innej pozycji niż uczeń głaskany po główce i prowadzony za rączkę. Teraz musisz sobie radzić. Jednak z mojego doświadczenia wynika, że w praktyce każde zajęcia okazują się mniej bolesne niż to sobie wyobrażasz, kiedy ktoś pierwszy raz przczytał Ci "warunki zaliczenia przedmiotu" i "regulamin pracowni" :) Wiele osób to przeszło, wiele przechodzi razem z Tobą i wielu jeszcze przejdzie. Poza tym stara prawda mówi, że ci "najstraszniejsi" to ci o których potem najśmieszniej i najtkliwiej rozmawia się na kolejnym relaksującym piwie :D

5. Okej, ale za to ty mnie nastraszyłaś, wychodzi na to, że uczelnia medyczna to absolutnie okropne miejsce.
Nope. Na pewno jest absolutnie okropnym miejscem dla tych, którym po ujrzeniu swojego nazwiska na licie przyjętych kończy się wszelaka ambicja. Trzeba tam trochę popracować, ale powtarzam, to bardzo ciekawe miejsce, wiele z niego wyniesiesz i być może odkryjesz tutaj swoje powołanie. A przy tym dalej będziesz mieć życie i, ot się okazuje, wcale nie będziesz "żywym zombie" ze wstępu. Jeśli kręcą się klimaty biologiczne lub biologiczno-chemiczne, to nie bój się. I nie myśl, że bez matury bliskiej 90% nie dasz rady. Ja przedmioty istotne pozdawałam na ok. 70% i mam się tu całkiem nieźle. Poza tym możesz sobie nosić fartuch i wyglądać w nim przekozacko. (tak wiem, nie tylko tu, ale tutaj na pewno i często!)


6. Czy to jest niebezpieczne?
I tak i nie. Na moim roku oprócz jednego małego pożaru, kilku poległych probówek/kolbek, rozlanych odczynników itd nie stało się nic niezwykłego. Każda pracownia ma jednak swój sztywny regulamin, na każdej obowiązuje odzież ochronna (w tym często rękawiczki czy okulary). Poza tym trzeba mieć swój zdrowy rozsądek oraz dokładnie słuchać poleceń, a nic nie ma prawa się stać. Nie padamy masowo (w ogóle nie padamy) na choroby zakaźne, nie staliśmy się mutantami z powodu toksycznych substancji, nie pozbawiliśmy się skóry za pomocą silnych kwasów, nie pokroiliśmy się, nie spłonęliśmy. Jest okej

bonus: Anatomia jest legendarna, czy to naprawdę taki kosmos?
Na medycynie zdecydowanie tak :D na innych kierunkach nauka tego przedmiotu faktycznie nie jest łatwa, ale wygląda bardzo różnorodnie i czasem (być może niestety) opiera się na czystej teorii. Dla mnie osobiście ten przedmiot był jednym z "byle przebrnąć", o wiele przydatniejsza od tak szczegółowej anatomii okazała się później fizjologia.

Mimo że pozwoliłam sobie nieco postraszyć, to jednak zapraszam wszystkich, którzy czują się w miarę ukierunkowani na kwestie medyczne i chcą przeżyć następne kilka lat na nieco hardym levelu, ale na pewno z masą przygód, wspomnień, ciekawej wiedzy i bez nudnego życia od jednej popijawki do drugiej.

Ale przecież popijawki też mają miejsce :D

poniedziałek, 27 października 2014

Krajobrazy, haluny i hektolitry wódki, czyli "Wataha" subiektywnie

Robi mi się póki co blog kuluralny z naciskiem na sztukę filmową i telewizyjną, co może nie jest moim wymarzonym kierunkiem (bo chyba żaden do końca nie jest), ale skoro tak wychodzi, to znaczy że lubię pogadać sobie w tym temacie. Jednak od razu na wstępie chcę zaznaczyć - KOMPLETNIE nie znam się na recenzowaniu, na technice filmowej, na jakiejkolwiek telewizyjnej teorii. Piszę o tym co widzę i jak czuję.

"Watahę" w pierwszej chwili (głównie chyba sugerując się tytułem) wrzuciłam do jednego wora z większością polskich seriali sensacyjnych/kryminalnych, które jak wiadomo złe nie są, ale nigdy nie interesowały mnie szczególnie. I pewnie przeszłabym obok niej obojętnie, gdyby nie dochodzące mnie słuchy że OJESU, to się dzieje W BIESZCZADACH (usilnie starać się będę od tego momentu nie wyjść na płaskożyjącego bieszczadomana, bo jednak ze względów krwio-emocjonalno-przestrzennych czuję się uprawniona do bycia z Bieszczadami w dosyć silnym związku). W końcu też mignął mi jeden czy dwa zwiastuny i zdecydowałam, że to się będzie oglądać. Jakie więc mam odczucia po 3 odcinkach serialu o bieszczadzkiej Straży Granicznej?  //naprawde postaram się nie spoilerować za bardzo//


Po pierwsze to chyba jedna z nielicznych okazji, żeby nie ruszajac się z domu zobaczyć Bieszczady zdemitologizowane. To prawda, z jednej strony mamy hasające wilki i niedźwiedzie, charakterystyczne piękne krajobrazy, a nawet pewną dozę magii w postaci snującego się po odludziach szeptucha, ale mimo wszystko nie są to Bieszczady z pocztówki. Pewnym szokiem (kulturowym? estetycznym?) mogą być obławy na uchodźców, nieczyste sumienia i intencje większości epizodycznych (i nie tylko) bohaterów, błocko, szarość, szorstka rzeczywistość.
A jednak paradoksalnie mamy też trochę stereotypów. Wszyscy w Bieszczadach ubierają się w kolory maskujące, ew w kratę. Wszyscy w Bieszczadach mieszkają w drewnianych chatynkach. Wszyscy w Bieszczadach pracują w służbach mundurowych albo w tartaku. Wszyscy w Bieszczadach piją bimber lub ukraińską wódkę do śniadania (oraz do drugiego śniadania, obiadu, podwieczorku, kolacji, na dobry sen i na dobre rozpoczęcie dnia, na powitanie i pożegnanie). Wszyscy w Bieszczadach wiedza jak oprawić zwierzynę i prawdopodobnie trzymają jakieś ochłapy w wannie. Z jednej strony może to bawić, z drugiej przerażać, należy jednak pamiętać, że nic nie jest czarne ani białe, a prawdziwe Bieszczady to ani widokówki z pocztówek, ani smutno-straszna rzeczywistość z "Watahy"

Wracając jednak na chwilę do krajobrazów - jeśli jesteś na tyle niewrażliwym estetą, żeby przebrnąć przez błocko, w którym przez większość czasu dzieje sie akcja, to zostaniesz wynagrodzony naprawdę klimatycznymi widokami serwowanymi nam przez autorów zdjęć. Chyba nie ma po prostu opcji, żeby w tych górach nakręcić coś wizualnie nieatrakcyjnego.


Co się zaś tyczy samej fabuły, to z nią chyba właśnie jest najgorzej (co nie znaczy, że bardzo źle!). Nie można nazwać jej nieciekawą, w końcu mamy porządny wątek kryminalny, tajemnicę w powietrzu i dawaj. Trzeba jednak przyznać, że przez pierwsze odcinki właściwie nie jest się pewnym czy zawiązały się jakieś konkretne wątki (oprócz głównego, czyli spektakularnego wysadzenia w powietrze grupy strażników, co mam nadzieje nie jest spoilerem, bo mówi o tym każdy zwiastun). Wiele czasu spędzamy obserwując stany wewnętrzne głównego bohatera, uczestniczymy w jego omamach i projekcjach, razem z nim zastanawiając się czy już mu odbija czy odbije dopiero za chwilę. Gdzieś tam w tle toczą się jakieś sprawy bohaterów pobocznych, czasem pojawia się jakaś poszlaka albo wprowadzony zostaje nowy kierunek w którym możemy szukać odpowiedzi na pytania "kto, dlaczego i w jaki sposób". Trochę chodzenia po górach, chwilę siedzimy w głowie naszego bohatera, znowu jakaś akcja straży, wchodzi nowa postać o nieokreślonej jeszcze roli i średnio wiadomo co się w końcu dzieje. Myślę, że potrzebuję jeszcze trochę czasu żeby poukładać sobie wszystko w głowie, natomiast nie obraziłabym się za jakieś przełomy (tutaj koniec 3 odcinka pozytywnie mnie zaskoczył, to fakt).

Nie jestem ani feministką, ani antyfeministką czy czykolwiek tam bądź, ale cieszy mnie, że postacie kobiece w serialu są obecne, a jednocześnie nie są jedynie ozdóbkami, obiektami westchnień i pożądań. Po prostu są, robią co do nich należy, może niektórzy powiedzieliby, że trochę zbyt konkretne z nich babki, ale skoro mamy do czynienia ze służbami mundurowymi, to chyba jest to zrozumiałe. Role męskie i żeńskie nie są oddzielone grubą linią i nie ma też żadnej wojny płci. Jest po prostu... normalnie.


Cieszy mnie również, że natknęłam się w internecie na opinie prawdziwych strażników granicznych, którzy jak się okazuje uważaja "Watahę" za serial bardzo realistyczny, z pojedynczymi błędami rzeczowymi, które jednak są do przełknięcia. I chociaż ich praca nie jest na codzień aż tak naszpikowana emocjonującymi wydarzeniami, jak codzienne sprawy bohaterów serialu, to rozumieją (i chyba rozumie każdy), że bezowocnego chodzenia pół dnia po lesie nikt by po prostu nie oglądał.

Miło mi też, że dzięki "Watasze" poznałam prześwietny zespół muzyczny "Tołhaje" i aż mi wstyd, że jakimś cudem dopiero teraz i w taki sposób. Tak czy siak polecam ich utwory, nie tylko serialowe, bo to akurat czysta magia.


Co więc mogę powiedzieć aby podsumować moją opnię? Nie gryzę w napięciu poduszki oglądając każdy następny odcinek. Wszystko toczy się po mału, ja siedzę, oglądam widoki, staram się poskładać wątki do kupy, polubić głównego bohatera (póki co zdaje się być mało sympatycznym typem, nawet biorąc pod uwagę jego żałobę). Dobrze jednak, że powstał w Polsce serial, który naprawdę da się oglądać bez bólu. Wydaje mi się z resztą, że ze współpracy z HBO rzadko wychodzi coś kiepskiego (można mnie swobodnie poprawiać jeśli się mylę i wyszły z tego kiedyś jakieś gnioty, aż tak wnikliwie HBO-wskich produkcji nie śledzę). W mojej ocenie jest to mniej wiecej 7,5-8/10, a jeśli akcja się jeszcze trochę rozkręci, to myślę iż będzie to ósemka bez mrugnięcia okiem.

piątek, 3 października 2014

Nie przepadam za Kopciuszkiem

Uwaga uwaga! Tenże post będzie aż roił się od wszędobylskich spoilerów. Postaram się jego poszczególne części rozdzielić na tyle dobrze, by można się było skupić jedynie na tym, co akurat może już kiedyś czytelnik widział i dzięki temu danego fragmentu się nie boi. A jeśli lęk przed spoilerami jest generalnie obcy Twojemu sercu, to zapraszam do lektury całościowej!

***

Nie przepadam za Kopciuszkiem i całą inną masą klasycznych historii miłosnych. Pewnie nie jestem oryginalna i wiele osób przybiłoby mi piątkę, twierdząc, że też nie pasjonuje się płynącym lukrem. Czy jednak znaczy to, że kręcimy nosem na wszystkie wątki miłosne w filmach i serialach? Otóż nie. Dlatego dzisiaj subiektywny przegląd moich ulubionych ekranowych historii i przypadków miłosnych, które niosą z sobą coś głębszego, niż całowanie się w deszczu i patrzenie w oczy przy zachodzie słońca.


1. Red (reż. Robert Schwentke, 2010 r.), Victoria i Ivan


Three bullets in the chest. When I woke alive, I knew she still loved me… or else it would be in the head. It was big risk for her of course, but one does crazy things for love.
(osobiste nieprofesjonalne tłumaczenie: Trzy kule w pierś. Kiedy się ocknąłem, wiedziałem, że wciąż mnie kocha... inaczej celowałaby w głowę. Było to ryzykowne z jej strony, oczywiście, ale dla miłości popełniamy szalone czyny.)

Tak jak i wszyscy 'emeryci' z filmu Red, Victoria i Ivan wciąż są dosyć rześcy i mimo wielu lat niekończących się niebezpieczeństw są cudownie pewni jedno drugiego. Bo czy coś może połączyć bardziej niż to, że ktoś nieustannie pragnie naszej śmierci? Jako że Red jest filmem akcji, ale także i komediowym, to i ich relacja pełna jest humoru. Jak widać życie na krawędzi i wspólny śmiech to przepis na zwizek idealny!






2. Moje wielkie greckie wesele (reż. Joel Zwick, 2002 r.) - Toula i Ian


Nie zawsze oglądam komedie romantyczne, ale kiedy już oglądam... to nie mogą być to komedie na zasadzie "Pan poznał Panią, a potem było mnóstwo nieporozumień, rozeszli się, zeszli a na koniec hm... może ten deszcz i zachody słońca?" Dlatego właśnie "Moje wielkie greckie wesele" podbiło moje serce na wiele lat. Bo miłość jest tutaj pretekstem do porozmawiania o tym, jak ważna jest dla nas rodzina (a gdzie więcej tej miłości niż tam?). Poza tym nasz główny bohater, Ian przejawia jeszcze, rzadkie w tych czasach, posiadanie jaj. Bo gdyby miał odwagę cywilną na poziomie większości współczesnych młodzieńców, to spakowałby manatki i narzeczoną, a następnie poszedł w długą kiedy tylko Toula wysunęła mu taką właśnie propozycję. A jednak on nie ucieka, za to jak porządny facet stanowi oparcie dla swojej opadającej już z sił kobiety. I koniec końców naprawdę dużo dla niej poświęca.





3. Jak wytresować smoka 2 (reż. Dean DeBlois, 2014 r.) - Valka i Stoick


Oto i jest, film animowany. Co prawda wątek niejako poboczny, ale mimo wszystko łapiący za serce. Kolejna dojrzała już miłość, która, gdy ma szansę znowu zająć należne w życiu miejsce, to jest tak samo żywa jak 20 lat wcześniej. A piosenka "For the dancing and dreaming" co i rusz sprawia, że coś Ci wpada do oka. Poza tym zawsze podobają mi się wątki potężnych mężów-wojów w typie Stoicka i drobnych a silnych niewiast, z którymi dzielą życie (inne przykłady: Fergus i Elinor z "Meridy Walecznej" czy nawet Ned i Catelyn Stark z "Gry o tron").





4. Hoży doktorzy (twórca Bill Lawrence, 2001-2010 r.) - Carla i Turk


Czas zająć się serialami. Jak widać, moją słabością są wątki miłosne potraktowane ze sporą dozą humoru i nie inaczej jest w przypadku tej sympatycznej pary dumnie reprezentującej służbę zdrowia. Chociaż czasem się zastanawiam, czy partner życiowy o takim poziomie niefrasobliwości jak Turk byłby w rzeczywistości do wytrzymania, to jednak dzięki ciętemu językowi i zdrowemu rozsądkowi Carli w tym uroczym związku utrzymuje się perfekcyjna równowaga. Powtarzając się nieco, nie lubię wątków miłosnych o charakterze depresyjnym, bo myślę że uczą masę ludzi błędnego podchodzenia do życia. Z moich obserwacji wynika, że humor to doskonały sklejacz relacji międzyludzkich.





5. Ripper Street (reż. Tom Shankland, Colm McCarthy, Andy Wilson, 2012-... r.) - Bennet Drake i Rose Erskine.


Tutaj odejdę od zasady "śmiech to zdrowie". Bo wątek Benneta i Rose to w gruncie rzeczy potężna szarpanina i pełna uczuciowych zawirowań, odmian i zagubień. Jest jednak pewna rzecz, która bardzo mnie w nim pociąga. Mianowicie dziwna więź, która łączy bohaterów, być może związana z trudną przeszłością obojga, ale która ciągnie ich do siebie nieprzerwanie. Bo nawet kiedy jest bardzo źle, to oglądając kolejny odcinek mam nieodparte wrażenie, że nie, mowy nie ma, cokolwiek by się po drodze nie zdarzyło, ta dwójka zawsze będzie blisko siebie. Poza tym, chociaż w moim serduszku niepodzielnie króluje kapitan Homer Jackson, to i dla sierżanta Benneta mam dużo ciepłych uczuć. Dla Rose zresztą także.



Mogłabym pewnie wymienić jeszcze 5 następnych filmów i seriali, a może i wiele więcej. Nie o to jednak chodzi, by wydłużyć ten post w nieskończoność, ale by zachęcić do tego, by wątki miłosne (które szczególną niechęcią często darzą panowie, a niesłusznie!) potraktować szerzej i spróbować przełożyć je na prawdziwe życie. Romeo i Julia czy Tristan i Izolda nie kojarzą mi się z nieustającym szczęściem, ani też ze zbytnim realizmem, znakiem tego temat należy chapnąć z innej strony. Nie tragicznej i melodramatycznej, nie przesłodzonej i sztucznej.
Oczywiście, siąkania nosem nad losem kopciuszka i ronienia łez wzruszenia, gdy odjeżdża z księciem białą karetą, nikomu nie zabraniam. W końcu kto nie lubi od czasu do czasu znaleźć się w bajce.

środa, 24 września 2014

W tym poście nie piszemy o...

... czyli krótkie, subiektywne przemyślenia z różnych dziedzin. Mam nadzieje, że znajdę w sobie na tyle dużo zapału, żeby wypuszczać je co jakiś czas. Przez chwile tak właśnie planowałam funkcjonowanie bloga, ale sama sobie muszę przypominać, że nie muszę się tu podporządkowywać zasadom, a już zwłaszcza stworzonym przez siebie. Ot, jak to łatwo zapomnieć.

^^^^^^

#1 Na szczęście nie jestem aspirującym opiniotwórczym blogerem, więc chyba nie muszę póki co obawiać się, że ktoś wytknie mi zazdrość i podobne uczucia wobec innych internetowych autorów. Dlatego pozwalam sobie z czystym sumieniem obśmiać wymuszoną filozofię, która z polskich blogów aż kipi ostatnimi (i nie tylko) czasy. Bez konkretnych osób i adresów - to tylko ogólna myśl. Dobra, dobra, każdy może pisać co chce i każdy może czytać co chce. Ale dlaczego mam czasem wrażenie, że na siłę udajemy mądrale i wielkich myślicieli, pisząc posty, które docelowo mają służyć temu żeby połowa nie zrozumiała nic, a druga tylko ćwierć? Nie uważam siebie za wyjątkowo tępy okaz, a jednak nie odczuwam potrzeby szczodrego obdarowywania internetu moją nieskalaną mądrością i/lub moimi dramatycznymi przeżyciami wewnętrznymi. Ale może po prostu nie jestem aż taką romantyczną artystką.


#2 Uwaga, Fox pisze o modzie i urodzie. Ale spokojnie, nie wrzucę zaraz najnowszej stylówki. Sypnę za to pięknym banałem: kobieta nie jest i nie będzie piękna, dopóki sama nie zacznie sie za taką uważać. WOW. Tak, po (niestety) więcej niż nastu latach życia na to wpadłam. Dobrze, kończę ironizację. Nie chcę wplątywać w ten zakątek internetu za dużo mojego prywatnego życia, bo to rzadko jest fajne. Natomiast muszę przyznać, że o tej prawdzie przekonałam sie na własnej skórze, spadając o kilka punktów w skali od masakra do sztunia. I muszę powiedzieć, że działa to jak kula śniegowa. Nagle stwierdzasz, że żaden ciuch w twojej szafie nie pasuje do innego, że nieważne jak narysujesz tą kreskę to i tak będziesz wyglądać jak idiota, że nawet czapka "Bad Hair Day" nie jest w stanie ukryć twoich Bad Hair. I co się rozumie samo przez sie, jest to zamknięte koło z którego trudno się wyrwać, bo skoro uważam, że nie jestem atrakcyjna i co za tym idzie tracę zdolność do uatrakcyjnienia się, to jak sie z tego wyplątać? Bardzo tudno, bo albo sama zagryziesz zęby, postarasz się ogarnąć i osiągniesz stan jakiego chcesz, albo inni ludzie sprawią żebyś uwierzyła w to, że jesteś spoko nie tylko wewnętrznie. Bo gadajmy ile chcemy o pięknie wewnętrznym, ale chyba każdy lubi się czuć dobrze w swojej skórze. Poza tym, skoro idzie jesień, to niech plażowe dupeczki znajdą swoje wewnętrzne piękno, a ty idź i kup sobie nowe buty. Albo chociaż jakiś kwiatek we włosy.


#3 Kup sobie chomika zamiast rodzić dziecko. Nie nie, to nie jest apel o zmniejszenie przyrostu naturalnego (chociaż...) albo kampania przeciwko świętej instytucji rodziny. Ale jeśli potrzebujesz chomika, to kup cholernego chomika. Przerażają mnie nasze cudne światowe gwiazdy, którym przecież z nabożną czcią przygląda się wiele osób, a które chcą urodzić dziecko BO TAK. Żeby był lansik, ale jedno i półosobowy, bo tatuś służy tylko do inseminacji i koniecznie musi być dyskretny. Bo fajne foteczki pójdą na insta. Kurde. Chomiki też są fotogeniczne. Nie jestem zajadłą miłośniczką różowych bobasków, ale uważam, że jak przyjdzie co do czego, to ty służysz dziecku, a nie dziecko twojemu dobremu samopoczuciu, lansowi, zabawie itd. Nie musisz być niewolnicą matką lub niewolnikiem ojcem, ale jednak chodzi przede wszystkim o bezpieczne i owocne przeprowadzenie go przez te pierwsze lata. Ono może służyć tobie, kiedy zgrzybiały nie będziesz mógł trafić do ust łyżką zupy.


#4 Po raz kolejny powraca w nasze youtubowe strony Donatan. I jak zwykle są tacy, którym się podoba, i tacy co krzyczą że seksizm i w ogóle obraza narodu polskiego. Nie znam człowieka osobiście, moze faktycznie jest chamem, a może ma jednak coś w głowie ułożone i to coś czasem wylezie w jakiejś inteligentniejszej wypowiedzi? Nie wiem, nie oceniam. Ale dlaczego burzymy sie na klip i biesiadną piosenkę, gdzie ludzie siedzą za stołem, piją wódkę, ciapią ogórki, próbują się podrywać i tak dalej? No a nie jest tak? Za wielkim oceanem jedna z drugą J.Lo z Nicki potrząsają gołymi tyłkami i jest okej, ale dziewczyny w szortach myją traktor to już NAGOŚĆ I PERWERSJA? Ja bym sie pewnie do traktora tak nie przyodziała i nie dałabym się na pewno tak sfilmować, ale co z tego? Tak, naszym chłopom podobają się biuściaste, wysmukłe blondynki, tak jak i większości świata, więc czy to źle, że ktoś je pokazuje i to ubrane? O tym że drinkin all night jest mnóstwo piosenek, a ile powstało utworów discopolo, przy których niektórzy ruszają bez wstydu w tan dopiero jak już się nieźle zrobią i jakoś nie krzyczymy, że to hańba i dyshonor dla kraju? Ale Donatan pokazał że wódka, że przaśnie, że wąsate polaki cebulaki i dramat się zrobił w pięciu aktach. Można się zawsze iść zdetoksować do programu o prawdziwym życiu gdzie pani luksusowa utrzymanka, pardon, sławna żona, narzeka że 900 zł to mało pieniążków na ubrania. Chociaż ja osobiście wolę sobie potupać do wesołej piosenki.




Tyle na tą chwilę z mojej strony. Pozdrawiam serdecznie jeśli jacyś pierwsi odkrywcy nowych internetowych światów kiedyś tu zawitają. Mam nadzieje, że przybywacie w pokoju :)

wtorek, 23 września 2014

What century is it?

Zawsze, ale to zawsze kiedy przychodzi mi napisać gdzieś parę słów o sobie (na forach, portalach społecznościowych, blogach etc.), w końcu zawsze muszę dojść do punktu: jestem miłośniczką steampunku. Może nie bardzo zakręconą. Mam zegarek na łańcuszku (bardzo pomysłowy prezent urodzinowy, tak cenny i otoczony czcią, że aż nie opuszcza szuflady niestety ;)), ale nie biegam po miejskim parku w sukni z gorsetem. Czytam wszystko co związane jest z tematem i co wpadnie mi pod rękę, ale nie jeżdzę na klimatyczne pikniki. Kupuję spontanicznie gogle spawalnicze, ale gdyby przyszło co do czego, to kompletnego stroju tru steampunkowca nie potrafiłabym chyba stworzyć. Tak steampunk wygląda w moim życiu. Krótka definicja z wikipedii mówi nam:

"Steampunk – nurt stylistyczny w kulturze (literatura, film, komiks, moda), odmiana fantastyki naukowej, boczna gałąź cyberpunku. W przeciwieństwie do cyberpunku, technika otaczająca bohaterów nie jest oparta na elektronice lecz na mechanice. (...) Akcja utworów steampunkowych przeważnie rozgrywa się w epoce wiktoriańskiej – erze rewolucji technicznej, eieku pary."

I tak pewnie należałoby go rozumieć, jako totalny odlot, historię alternatywną itd. Jednak mnie steampunk niejako "zakotwicza" w XIX wieku. Poważnie podejrzewam, że niedługo wyjdę z domu i zaniepokoi mnie brak czekającej dorożki.


Jaka więc mieszanka wybuchowa doprowadziła mnie do stanu, w którym mój mózg zdecydowanie odpływa? 

Primo: książki. Zwłaszcza dwie, które ostatnio pochłonęłam: W dziwnej sprawie Skaczącego Jacka M. Hoddera oraz (trochę niższych lotów, ale wciąż pasjonująca) Marsz automatonów G. Manna. Tutaj akurat definicja zgadza się zupełnie - świat tylko z pozoru wygląda na taki, jaki znamy z lekcji historii. Jeśli zaś miałabym powiedzieć, od której książki zaczęłam stempunkowe żeglowanie, to była to po prostu antologia Steampunk. Przyznaję jednak, że był to skok na głęboką wodę, a lektura okazała sie być jedną z najbardziej pokręconych w moim życiu. Jednak dla tych, którzy chcieliby się zainteresować tematem wartościowe na pewno są teksty nie literackie, ale popularno naukowe, przybliżające genezę i rzeczywistość steampunku. Ale ale! Polacy nie gęsi, też swoje XIX-wieczne psychodele mają i chociaż autorka pewnie "nie miała tego na myśli" to jednak Godzina pąsowej róży Marii Krüger może znaleźć się w tym szacownym gronie. I możemy się tylko zastanawiać czy na miejsu bohaterki też tak bardzo nie moglibyśmy się odnaleźć, przeniesieni nagle w realia dziewiętnastego stulecia?



     

Secundo: seriale i (rzadziej) filmy. Tutaj akurat miejsca na steampunk jest mniej (HALO SCENARZYŚCI, REŻYSERZY I PROUCENCI!), ale w sam serialowy XIX wiek wsiąkłam zupełnie. Po pierwsze serial mroczny i zahaczający o horror: Penny Dreadful ze świetną Evą Green. To propozycja dla tych, którzy lubią wartką akcję, napięcie i dreszczyk emocji. Po drugie Ripper Street, dla miłośników zagadek kryminalnych, a także... Gry o tron, bowiem przewija się tam sporo znanych z hitowego serialu aktorów (Hodor!). Po trzecie The Knick, którego akcja rozgrywa się co prawda już w ostatnim roku XIX wieku, ale przecież to wciąż ten sam świat. Dla mnie szczególnie interesujący jako dla (soon to be) służby zdrowia - bardzo naturalistycznie pokazane początki współczesnej medycyny. Chylę też czoła przed tym, kto wymyślił Cliffa Martineza jako twórcę ścieżki dźwiękowej. Bardzo odważny zabieg, który mimo kontrowersji dodaje moim zdaniem psychodeliczności całemu dziełu. Nie poleciłabym Knicka jedynie tym, którzy mają uczulenie na powoli zawiązującą się akcję i wątki ciągnące się przez wiele odcinków. Filmy: steampunkowo prezentuje się na pewno Liga Niezwykłych Dżentelmenów, zaś dla miłośników prawdziwej historii: Młoda Wiktoria (no skądś ta "epoka wiktoriańska" się wzięła!), trochę luźniej: Histeria - Romantyczna historia wibratora (tak tak), zupełnie rozrywkowo Sherlock Holmes z Robertem Downeyem Jr., ale także, opuszczając na chwilę Wielką Brytanię nowa Anna Karenina, według mnie nakęcona w bardzo ciekawy sposób.


Penny Dreadful


The Knick


Młoda Wiktoria


Histeria - Romantyczna historia wibratora

Po czwarte: gry. Jestem gejmerem. Tylko że nie robie sobie zdjęć z padem w ustach. Dlatego siłą rzeczy musiałam odnaleźć chociażby jakieś steampunkowe smaczki w tej dziedzinie. Znana miłośnikom klasycznych przygodówek Syberia nie ma co prawda za wiele wspólnego ze wspomnianym przedziałem czasowym, jednak nie można jej odmówić właśnie tego klimatu - nakręcanych zabawek czy też całych wielkich maszyn czy iście wiktoriańkich lokacji (uniwersytet, posiadłości, sanatorium). Z zakresu strategii: Rise of Nations: Rise of Legends, które nawet nie ma wiele wspólnego z naszym światem, a co dopiero z konkretną epoką, jednak budowa własnego steampunkowego imperium w akcie pierwszym, z handlowymi sterowcami i mechanicznymi pająkami jest kusząca. Próbowałam też skubnąć Arcanum: Of Steamworks and Magick Obscura jednak dzięki bugowi lub własnej nieroztropności szybko utknęłam. Dlatego powstrzymam się od opinii i opisów, chociaż zapowiadało się obiecująco

Syberia


Rise of Legends

And last but not least: wciąż jeszcze jestem pod wpływem Lost Days, czyli dorocznego steampunkowego pleneru fotograficznego. Nie będę się może rozpisywać w tym temacie i niech zdjęcia przemówią za siebie. Kto nie cofnąłby się w czasie widząc coś takiego :)?



    


I tak właśnie, sprawnie mieszając psychodeliczny steampunk z klasycznym wiekiem XIX utknęłam umysłem w jakiejś dziwnej czasoprzestrzeni, ale zapraszam do niej wszystkich chętnych bo naprawdę jest tutaj dużo do roboty!