
Zamieszczam ten post wsępny z nikłą nadzieją, że przeczyta ją ktoś kogo nie znam i kto trafi tu bez mojej bezpośredniej namowy.
Odpowiedzieć też chcę na pytanie, które zadaję sobie sama, i które zadałoby mi pewnie jeszcze pare osób: co ja tu w ogóle robie? W erze hejtu na blogi i wszelkie twory blogopochodne?
Na swoją obronę mam tylko tyle, że czasem za dużo ciśnie mi się na mózg, a nie chciałabym zostać facebookowym myślicielem, próbującym zmieniać świat na swojej ścianie i otrzymać za to 3 lajki.
Spokojnie, nie będzie to blog aktywistyczny, filozoficzny, szafiarski, kulinarny, czytelniczy ani w ogóle żaden inny. Skoro to mój kawałek internetów, to będę tu robić co mi się żywnie podoba. Primo dlatego, że mogę, secundo dlatego, że nie sądzę ażeby ktokolwiek był tym szerzej zainteresowany, a co za tym idzie - zniesmaczony. Wielki miszmasz i festiwal tego, co siedzi pod czaszką.
Swoją drogą, lisy na ślizgawce wydają się śmieszne, ale tak naprawdę po prostu korzystają ze świętego prawa do robienia głupich, nielisich rzeczy i to jest w nich piękne. Tak sądzę.