"Watahę" w pierwszej chwili (głównie chyba sugerując się tytułem) wrzuciłam do jednego wora z większością polskich seriali sensacyjnych/kryminalnych, które jak wiadomo złe nie są, ale nigdy nie interesowały mnie szczególnie. I pewnie przeszłabym obok niej obojętnie, gdyby nie dochodzące mnie słuchy że OJESU, to się dzieje W BIESZCZADACH (usilnie starać się będę od tego momentu nie wyjść na płaskożyjącego bieszczadomana, bo jednak ze względów krwio-emocjonalno-przestrzennych czuję się uprawniona do bycia z Bieszczadami w dosyć silnym związku). W końcu też mignął mi jeden czy dwa zwiastuny i zdecydowałam, że to się będzie oglądać. Jakie więc mam odczucia po 3 odcinkach serialu o bieszczadzkiej Straży Granicznej? //naprawde postaram się nie spoilerować za bardzo//

Po pierwsze to chyba jedna z nielicznych okazji, żeby nie ruszajac się z domu zobaczyć Bieszczady zdemitologizowane. To prawda, z jednej strony mamy hasające wilki i niedźwiedzie, charakterystyczne piękne krajobrazy, a nawet pewną dozę magii w postaci snującego się po odludziach szeptucha, ale mimo wszystko nie są to Bieszczady z pocztówki. Pewnym szokiem (kulturowym? estetycznym?) mogą być obławy na uchodźców, nieczyste sumienia i intencje większości epizodycznych (i nie tylko) bohaterów, błocko, szarość, szorstka rzeczywistość.
A jednak paradoksalnie mamy też trochę stereotypów. Wszyscy w Bieszczadach ubierają się w kolory maskujące, ew w kratę. Wszyscy w Bieszczadach mieszkają w drewnianych chatynkach. Wszyscy w Bieszczadach pracują w służbach mundurowych albo w tartaku. Wszyscy w Bieszczadach piją bimber lub ukraińską wódkę do śniadania (oraz do drugiego śniadania, obiadu, podwieczorku, kolacji, na dobry sen i na dobre rozpoczęcie dnia, na powitanie i pożegnanie). Wszyscy w Bieszczadach wiedza jak oprawić zwierzynę i prawdopodobnie trzymają jakieś ochłapy w wannie. Z jednej strony może to bawić, z drugiej przerażać, należy jednak pamiętać, że nic nie jest czarne ani białe, a prawdziwe Bieszczady to ani widokówki z pocztówek, ani smutno-straszna rzeczywistość z "Watahy"
Wracając jednak na chwilę do krajobrazów - jeśli jesteś na tyle niewrażliwym estetą, żeby przebrnąć przez błocko, w którym przez większość czasu dzieje sie akcja, to zostaniesz wynagrodzony naprawdę klimatycznymi widokami serwowanymi nam przez autorów zdjęć. Chyba nie ma po prostu opcji, żeby w tych górach nakręcić coś wizualnie nieatrakcyjnego.

Co się zaś tyczy samej fabuły, to z nią chyba właśnie jest najgorzej (co nie znaczy, że bardzo źle!). Nie można nazwać jej nieciekawą, w końcu mamy porządny wątek kryminalny, tajemnicę w powietrzu i dawaj. Trzeba jednak przyznać, że przez pierwsze odcinki właściwie nie jest się pewnym czy zawiązały się jakieś konkretne wątki (oprócz głównego, czyli spektakularnego wysadzenia w powietrze grupy strażników, co mam nadzieje nie jest spoilerem, bo mówi o tym każdy zwiastun). Wiele czasu spędzamy obserwując stany wewnętrzne głównego bohatera, uczestniczymy w jego omamach i projekcjach, razem z nim zastanawiając się czy już mu odbija czy odbije dopiero za chwilę. Gdzieś tam w tle toczą się jakieś sprawy bohaterów pobocznych, czasem pojawia się jakaś poszlaka albo wprowadzony zostaje nowy kierunek w którym możemy szukać odpowiedzi na pytania "kto, dlaczego i w jaki sposób". Trochę chodzenia po górach, chwilę siedzimy w głowie naszego bohatera, znowu jakaś akcja straży, wchodzi nowa postać o nieokreślonej jeszcze roli i średnio wiadomo co się w końcu dzieje. Myślę, że potrzebuję jeszcze trochę czasu żeby poukładać sobie wszystko w głowie, natomiast nie obraziłabym się za jakieś przełomy (tutaj koniec 3 odcinka pozytywnie mnie zaskoczył, to fakt).
Nie jestem ani feministką, ani antyfeministką czy czykolwiek tam bądź, ale cieszy mnie, że postacie kobiece w serialu są obecne, a jednocześnie nie są jedynie ozdóbkami, obiektami westchnień i pożądań. Po prostu są, robią co do nich należy, może niektórzy powiedzieliby, że trochę zbyt konkretne z nich babki, ale skoro mamy do czynienia ze służbami mundurowymi, to chyba jest to zrozumiałe. Role męskie i żeńskie nie są oddzielone grubą linią i nie ma też żadnej wojny płci. Jest po prostu... normalnie.

Cieszy mnie również, że natknęłam się w internecie na opinie prawdziwych strażników granicznych, którzy jak się okazuje uważaja "Watahę" za serial bardzo realistyczny, z pojedynczymi błędami rzeczowymi, które jednak są do przełknięcia. I chociaż ich praca nie jest na codzień aż tak naszpikowana emocjonującymi wydarzeniami, jak codzienne sprawy bohaterów serialu, to rozumieją (i chyba rozumie każdy), że bezowocnego chodzenia pół dnia po lesie nikt by po prostu nie oglądał.
Miło mi też, że dzięki "Watasze" poznałam prześwietny zespół muzyczny "Tołhaje" i aż mi wstyd, że jakimś cudem dopiero teraz i w taki sposób. Tak czy siak polecam ich utwory, nie tylko serialowe, bo to akurat czysta magia.
Co więc mogę powiedzieć aby podsumować moją opnię? Nie gryzę w napięciu poduszki oglądając każdy następny odcinek. Wszystko toczy się po mału, ja siedzę, oglądam widoki, staram się poskładać wątki do kupy, polubić głównego bohatera (póki co zdaje się być mało sympatycznym typem, nawet biorąc pod uwagę jego żałobę). Dobrze jednak, że powstał w Polsce serial, który naprawdę da się oglądać bez bólu. Wydaje mi się z resztą, że ze współpracy z HBO rzadko wychodzi coś kiepskiego (można mnie swobodnie poprawiać jeśli się mylę i wyszły z tego kiedyś jakieś gnioty, aż tak wnikliwie HBO-wskich produkcji nie śledzę). W mojej ocenie jest to mniej wiecej 7,5-8/10, a jeśli akcja się jeszcze trochę rozkręci, to myślę iż będzie to ósemka bez mrugnięcia okiem.









