Blog lajfstajlowy

poniedziałek, 27 października 2014

Krajobrazy, haluny i hektolitry wódki, czyli "Wataha" subiektywnie

Robi mi się póki co blog kuluralny z naciskiem na sztukę filmową i telewizyjną, co może nie jest moim wymarzonym kierunkiem (bo chyba żaden do końca nie jest), ale skoro tak wychodzi, to znaczy że lubię pogadać sobie w tym temacie. Jednak od razu na wstępie chcę zaznaczyć - KOMPLETNIE nie znam się na recenzowaniu, na technice filmowej, na jakiejkolwiek telewizyjnej teorii. Piszę o tym co widzę i jak czuję.

"Watahę" w pierwszej chwili (głównie chyba sugerując się tytułem) wrzuciłam do jednego wora z większością polskich seriali sensacyjnych/kryminalnych, które jak wiadomo złe nie są, ale nigdy nie interesowały mnie szczególnie. I pewnie przeszłabym obok niej obojętnie, gdyby nie dochodzące mnie słuchy że OJESU, to się dzieje W BIESZCZADACH (usilnie starać się będę od tego momentu nie wyjść na płaskożyjącego bieszczadomana, bo jednak ze względów krwio-emocjonalno-przestrzennych czuję się uprawniona do bycia z Bieszczadami w dosyć silnym związku). W końcu też mignął mi jeden czy dwa zwiastuny i zdecydowałam, że to się będzie oglądać. Jakie więc mam odczucia po 3 odcinkach serialu o bieszczadzkiej Straży Granicznej?  //naprawde postaram się nie spoilerować za bardzo//


Po pierwsze to chyba jedna z nielicznych okazji, żeby nie ruszajac się z domu zobaczyć Bieszczady zdemitologizowane. To prawda, z jednej strony mamy hasające wilki i niedźwiedzie, charakterystyczne piękne krajobrazy, a nawet pewną dozę magii w postaci snującego się po odludziach szeptucha, ale mimo wszystko nie są to Bieszczady z pocztówki. Pewnym szokiem (kulturowym? estetycznym?) mogą być obławy na uchodźców, nieczyste sumienia i intencje większości epizodycznych (i nie tylko) bohaterów, błocko, szarość, szorstka rzeczywistość.
A jednak paradoksalnie mamy też trochę stereotypów. Wszyscy w Bieszczadach ubierają się w kolory maskujące, ew w kratę. Wszyscy w Bieszczadach mieszkają w drewnianych chatynkach. Wszyscy w Bieszczadach pracują w służbach mundurowych albo w tartaku. Wszyscy w Bieszczadach piją bimber lub ukraińską wódkę do śniadania (oraz do drugiego śniadania, obiadu, podwieczorku, kolacji, na dobry sen i na dobre rozpoczęcie dnia, na powitanie i pożegnanie). Wszyscy w Bieszczadach wiedza jak oprawić zwierzynę i prawdopodobnie trzymają jakieś ochłapy w wannie. Z jednej strony może to bawić, z drugiej przerażać, należy jednak pamiętać, że nic nie jest czarne ani białe, a prawdziwe Bieszczady to ani widokówki z pocztówek, ani smutno-straszna rzeczywistość z "Watahy"

Wracając jednak na chwilę do krajobrazów - jeśli jesteś na tyle niewrażliwym estetą, żeby przebrnąć przez błocko, w którym przez większość czasu dzieje sie akcja, to zostaniesz wynagrodzony naprawdę klimatycznymi widokami serwowanymi nam przez autorów zdjęć. Chyba nie ma po prostu opcji, żeby w tych górach nakręcić coś wizualnie nieatrakcyjnego.


Co się zaś tyczy samej fabuły, to z nią chyba właśnie jest najgorzej (co nie znaczy, że bardzo źle!). Nie można nazwać jej nieciekawą, w końcu mamy porządny wątek kryminalny, tajemnicę w powietrzu i dawaj. Trzeba jednak przyznać, że przez pierwsze odcinki właściwie nie jest się pewnym czy zawiązały się jakieś konkretne wątki (oprócz głównego, czyli spektakularnego wysadzenia w powietrze grupy strażników, co mam nadzieje nie jest spoilerem, bo mówi o tym każdy zwiastun). Wiele czasu spędzamy obserwując stany wewnętrzne głównego bohatera, uczestniczymy w jego omamach i projekcjach, razem z nim zastanawiając się czy już mu odbija czy odbije dopiero za chwilę. Gdzieś tam w tle toczą się jakieś sprawy bohaterów pobocznych, czasem pojawia się jakaś poszlaka albo wprowadzony zostaje nowy kierunek w którym możemy szukać odpowiedzi na pytania "kto, dlaczego i w jaki sposób". Trochę chodzenia po górach, chwilę siedzimy w głowie naszego bohatera, znowu jakaś akcja straży, wchodzi nowa postać o nieokreślonej jeszcze roli i średnio wiadomo co się w końcu dzieje. Myślę, że potrzebuję jeszcze trochę czasu żeby poukładać sobie wszystko w głowie, natomiast nie obraziłabym się za jakieś przełomy (tutaj koniec 3 odcinka pozytywnie mnie zaskoczył, to fakt).

Nie jestem ani feministką, ani antyfeministką czy czykolwiek tam bądź, ale cieszy mnie, że postacie kobiece w serialu są obecne, a jednocześnie nie są jedynie ozdóbkami, obiektami westchnień i pożądań. Po prostu są, robią co do nich należy, może niektórzy powiedzieliby, że trochę zbyt konkretne z nich babki, ale skoro mamy do czynienia ze służbami mundurowymi, to chyba jest to zrozumiałe. Role męskie i żeńskie nie są oddzielone grubą linią i nie ma też żadnej wojny płci. Jest po prostu... normalnie.


Cieszy mnie również, że natknęłam się w internecie na opinie prawdziwych strażników granicznych, którzy jak się okazuje uważaja "Watahę" za serial bardzo realistyczny, z pojedynczymi błędami rzeczowymi, które jednak są do przełknięcia. I chociaż ich praca nie jest na codzień aż tak naszpikowana emocjonującymi wydarzeniami, jak codzienne sprawy bohaterów serialu, to rozumieją (i chyba rozumie każdy), że bezowocnego chodzenia pół dnia po lesie nikt by po prostu nie oglądał.

Miło mi też, że dzięki "Watasze" poznałam prześwietny zespół muzyczny "Tołhaje" i aż mi wstyd, że jakimś cudem dopiero teraz i w taki sposób. Tak czy siak polecam ich utwory, nie tylko serialowe, bo to akurat czysta magia.


Co więc mogę powiedzieć aby podsumować moją opnię? Nie gryzę w napięciu poduszki oglądając każdy następny odcinek. Wszystko toczy się po mału, ja siedzę, oglądam widoki, staram się poskładać wątki do kupy, polubić głównego bohatera (póki co zdaje się być mało sympatycznym typem, nawet biorąc pod uwagę jego żałobę). Dobrze jednak, że powstał w Polsce serial, który naprawdę da się oglądać bez bólu. Wydaje mi się z resztą, że ze współpracy z HBO rzadko wychodzi coś kiepskiego (można mnie swobodnie poprawiać jeśli się mylę i wyszły z tego kiedyś jakieś gnioty, aż tak wnikliwie HBO-wskich produkcji nie śledzę). W mojej ocenie jest to mniej wiecej 7,5-8/10, a jeśli akcja się jeszcze trochę rozkręci, to myślę iż będzie to ósemka bez mrugnięcia okiem.

piątek, 3 października 2014

Nie przepadam za Kopciuszkiem

Uwaga uwaga! Tenże post będzie aż roił się od wszędobylskich spoilerów. Postaram się jego poszczególne części rozdzielić na tyle dobrze, by można się było skupić jedynie na tym, co akurat może już kiedyś czytelnik widział i dzięki temu danego fragmentu się nie boi. A jeśli lęk przed spoilerami jest generalnie obcy Twojemu sercu, to zapraszam do lektury całościowej!

***

Nie przepadam za Kopciuszkiem i całą inną masą klasycznych historii miłosnych. Pewnie nie jestem oryginalna i wiele osób przybiłoby mi piątkę, twierdząc, że też nie pasjonuje się płynącym lukrem. Czy jednak znaczy to, że kręcimy nosem na wszystkie wątki miłosne w filmach i serialach? Otóż nie. Dlatego dzisiaj subiektywny przegląd moich ulubionych ekranowych historii i przypadków miłosnych, które niosą z sobą coś głębszego, niż całowanie się w deszczu i patrzenie w oczy przy zachodzie słońca.


1. Red (reż. Robert Schwentke, 2010 r.), Victoria i Ivan


Three bullets in the chest. When I woke alive, I knew she still loved me… or else it would be in the head. It was big risk for her of course, but one does crazy things for love.
(osobiste nieprofesjonalne tłumaczenie: Trzy kule w pierś. Kiedy się ocknąłem, wiedziałem, że wciąż mnie kocha... inaczej celowałaby w głowę. Było to ryzykowne z jej strony, oczywiście, ale dla miłości popełniamy szalone czyny.)

Tak jak i wszyscy 'emeryci' z filmu Red, Victoria i Ivan wciąż są dosyć rześcy i mimo wielu lat niekończących się niebezpieczeństw są cudownie pewni jedno drugiego. Bo czy coś może połączyć bardziej niż to, że ktoś nieustannie pragnie naszej śmierci? Jako że Red jest filmem akcji, ale także i komediowym, to i ich relacja pełna jest humoru. Jak widać życie na krawędzi i wspólny śmiech to przepis na zwizek idealny!






2. Moje wielkie greckie wesele (reż. Joel Zwick, 2002 r.) - Toula i Ian


Nie zawsze oglądam komedie romantyczne, ale kiedy już oglądam... to nie mogą być to komedie na zasadzie "Pan poznał Panią, a potem było mnóstwo nieporozumień, rozeszli się, zeszli a na koniec hm... może ten deszcz i zachody słońca?" Dlatego właśnie "Moje wielkie greckie wesele" podbiło moje serce na wiele lat. Bo miłość jest tutaj pretekstem do porozmawiania o tym, jak ważna jest dla nas rodzina (a gdzie więcej tej miłości niż tam?). Poza tym nasz główny bohater, Ian przejawia jeszcze, rzadkie w tych czasach, posiadanie jaj. Bo gdyby miał odwagę cywilną na poziomie większości współczesnych młodzieńców, to spakowałby manatki i narzeczoną, a następnie poszedł w długą kiedy tylko Toula wysunęła mu taką właśnie propozycję. A jednak on nie ucieka, za to jak porządny facet stanowi oparcie dla swojej opadającej już z sił kobiety. I koniec końców naprawdę dużo dla niej poświęca.





3. Jak wytresować smoka 2 (reż. Dean DeBlois, 2014 r.) - Valka i Stoick


Oto i jest, film animowany. Co prawda wątek niejako poboczny, ale mimo wszystko łapiący za serce. Kolejna dojrzała już miłość, która, gdy ma szansę znowu zająć należne w życiu miejsce, to jest tak samo żywa jak 20 lat wcześniej. A piosenka "For the dancing and dreaming" co i rusz sprawia, że coś Ci wpada do oka. Poza tym zawsze podobają mi się wątki potężnych mężów-wojów w typie Stoicka i drobnych a silnych niewiast, z którymi dzielą życie (inne przykłady: Fergus i Elinor z "Meridy Walecznej" czy nawet Ned i Catelyn Stark z "Gry o tron").





4. Hoży doktorzy (twórca Bill Lawrence, 2001-2010 r.) - Carla i Turk


Czas zająć się serialami. Jak widać, moją słabością są wątki miłosne potraktowane ze sporą dozą humoru i nie inaczej jest w przypadku tej sympatycznej pary dumnie reprezentującej służbę zdrowia. Chociaż czasem się zastanawiam, czy partner życiowy o takim poziomie niefrasobliwości jak Turk byłby w rzeczywistości do wytrzymania, to jednak dzięki ciętemu językowi i zdrowemu rozsądkowi Carli w tym uroczym związku utrzymuje się perfekcyjna równowaga. Powtarzając się nieco, nie lubię wątków miłosnych o charakterze depresyjnym, bo myślę że uczą masę ludzi błędnego podchodzenia do życia. Z moich obserwacji wynika, że humor to doskonały sklejacz relacji międzyludzkich.





5. Ripper Street (reż. Tom Shankland, Colm McCarthy, Andy Wilson, 2012-... r.) - Bennet Drake i Rose Erskine.


Tutaj odejdę od zasady "śmiech to zdrowie". Bo wątek Benneta i Rose to w gruncie rzeczy potężna szarpanina i pełna uczuciowych zawirowań, odmian i zagubień. Jest jednak pewna rzecz, która bardzo mnie w nim pociąga. Mianowicie dziwna więź, która łączy bohaterów, być może związana z trudną przeszłością obojga, ale która ciągnie ich do siebie nieprzerwanie. Bo nawet kiedy jest bardzo źle, to oglądając kolejny odcinek mam nieodparte wrażenie, że nie, mowy nie ma, cokolwiek by się po drodze nie zdarzyło, ta dwójka zawsze będzie blisko siebie. Poza tym, chociaż w moim serduszku niepodzielnie króluje kapitan Homer Jackson, to i dla sierżanta Benneta mam dużo ciepłych uczuć. Dla Rose zresztą także.



Mogłabym pewnie wymienić jeszcze 5 następnych filmów i seriali, a może i wiele więcej. Nie o to jednak chodzi, by wydłużyć ten post w nieskończoność, ale by zachęcić do tego, by wątki miłosne (które szczególną niechęcią często darzą panowie, a niesłusznie!) potraktować szerzej i spróbować przełożyć je na prawdziwe życie. Romeo i Julia czy Tristan i Izolda nie kojarzą mi się z nieustającym szczęściem, ani też ze zbytnim realizmem, znakiem tego temat należy chapnąć z innej strony. Nie tragicznej i melodramatycznej, nie przesłodzonej i sztucznej.
Oczywiście, siąkania nosem nad losem kopciuszka i ronienia łez wzruszenia, gdy odjeżdża z księciem białą karetą, nikomu nie zabraniam. W końcu kto nie lubi od czasu do czasu znaleźć się w bajce.