Blog lajfstajlowy

piątek, 3 października 2014

Nie przepadam za Kopciuszkiem

Uwaga uwaga! Tenże post będzie aż roił się od wszędobylskich spoilerów. Postaram się jego poszczególne części rozdzielić na tyle dobrze, by można się było skupić jedynie na tym, co akurat może już kiedyś czytelnik widział i dzięki temu danego fragmentu się nie boi. A jeśli lęk przed spoilerami jest generalnie obcy Twojemu sercu, to zapraszam do lektury całościowej!

***

Nie przepadam za Kopciuszkiem i całą inną masą klasycznych historii miłosnych. Pewnie nie jestem oryginalna i wiele osób przybiłoby mi piątkę, twierdząc, że też nie pasjonuje się płynącym lukrem. Czy jednak znaczy to, że kręcimy nosem na wszystkie wątki miłosne w filmach i serialach? Otóż nie. Dlatego dzisiaj subiektywny przegląd moich ulubionych ekranowych historii i przypadków miłosnych, które niosą z sobą coś głębszego, niż całowanie się w deszczu i patrzenie w oczy przy zachodzie słońca.


1. Red (reż. Robert Schwentke, 2010 r.), Victoria i Ivan


Three bullets in the chest. When I woke alive, I knew she still loved me… or else it would be in the head. It was big risk for her of course, but one does crazy things for love.
(osobiste nieprofesjonalne tłumaczenie: Trzy kule w pierś. Kiedy się ocknąłem, wiedziałem, że wciąż mnie kocha... inaczej celowałaby w głowę. Było to ryzykowne z jej strony, oczywiście, ale dla miłości popełniamy szalone czyny.)

Tak jak i wszyscy 'emeryci' z filmu Red, Victoria i Ivan wciąż są dosyć rześcy i mimo wielu lat niekończących się niebezpieczeństw są cudownie pewni jedno drugiego. Bo czy coś może połączyć bardziej niż to, że ktoś nieustannie pragnie naszej śmierci? Jako że Red jest filmem akcji, ale także i komediowym, to i ich relacja pełna jest humoru. Jak widać życie na krawędzi i wspólny śmiech to przepis na zwizek idealny!






2. Moje wielkie greckie wesele (reż. Joel Zwick, 2002 r.) - Toula i Ian


Nie zawsze oglądam komedie romantyczne, ale kiedy już oglądam... to nie mogą być to komedie na zasadzie "Pan poznał Panią, a potem było mnóstwo nieporozumień, rozeszli się, zeszli a na koniec hm... może ten deszcz i zachody słońca?" Dlatego właśnie "Moje wielkie greckie wesele" podbiło moje serce na wiele lat. Bo miłość jest tutaj pretekstem do porozmawiania o tym, jak ważna jest dla nas rodzina (a gdzie więcej tej miłości niż tam?). Poza tym nasz główny bohater, Ian przejawia jeszcze, rzadkie w tych czasach, posiadanie jaj. Bo gdyby miał odwagę cywilną na poziomie większości współczesnych młodzieńców, to spakowałby manatki i narzeczoną, a następnie poszedł w długą kiedy tylko Toula wysunęła mu taką właśnie propozycję. A jednak on nie ucieka, za to jak porządny facet stanowi oparcie dla swojej opadającej już z sił kobiety. I koniec końców naprawdę dużo dla niej poświęca.





3. Jak wytresować smoka 2 (reż. Dean DeBlois, 2014 r.) - Valka i Stoick


Oto i jest, film animowany. Co prawda wątek niejako poboczny, ale mimo wszystko łapiący za serce. Kolejna dojrzała już miłość, która, gdy ma szansę znowu zająć należne w życiu miejsce, to jest tak samo żywa jak 20 lat wcześniej. A piosenka "For the dancing and dreaming" co i rusz sprawia, że coś Ci wpada do oka. Poza tym zawsze podobają mi się wątki potężnych mężów-wojów w typie Stoicka i drobnych a silnych niewiast, z którymi dzielą życie (inne przykłady: Fergus i Elinor z "Meridy Walecznej" czy nawet Ned i Catelyn Stark z "Gry o tron").





4. Hoży doktorzy (twórca Bill Lawrence, 2001-2010 r.) - Carla i Turk


Czas zająć się serialami. Jak widać, moją słabością są wątki miłosne potraktowane ze sporą dozą humoru i nie inaczej jest w przypadku tej sympatycznej pary dumnie reprezentującej służbę zdrowia. Chociaż czasem się zastanawiam, czy partner życiowy o takim poziomie niefrasobliwości jak Turk byłby w rzeczywistości do wytrzymania, to jednak dzięki ciętemu językowi i zdrowemu rozsądkowi Carli w tym uroczym związku utrzymuje się perfekcyjna równowaga. Powtarzając się nieco, nie lubię wątków miłosnych o charakterze depresyjnym, bo myślę że uczą masę ludzi błędnego podchodzenia do życia. Z moich obserwacji wynika, że humor to doskonały sklejacz relacji międzyludzkich.





5. Ripper Street (reż. Tom Shankland, Colm McCarthy, Andy Wilson, 2012-... r.) - Bennet Drake i Rose Erskine.


Tutaj odejdę od zasady "śmiech to zdrowie". Bo wątek Benneta i Rose to w gruncie rzeczy potężna szarpanina i pełna uczuciowych zawirowań, odmian i zagubień. Jest jednak pewna rzecz, która bardzo mnie w nim pociąga. Mianowicie dziwna więź, która łączy bohaterów, być może związana z trudną przeszłością obojga, ale która ciągnie ich do siebie nieprzerwanie. Bo nawet kiedy jest bardzo źle, to oglądając kolejny odcinek mam nieodparte wrażenie, że nie, mowy nie ma, cokolwiek by się po drodze nie zdarzyło, ta dwójka zawsze będzie blisko siebie. Poza tym, chociaż w moim serduszku niepodzielnie króluje kapitan Homer Jackson, to i dla sierżanta Benneta mam dużo ciepłych uczuć. Dla Rose zresztą także.



Mogłabym pewnie wymienić jeszcze 5 następnych filmów i seriali, a może i wiele więcej. Nie o to jednak chodzi, by wydłużyć ten post w nieskończoność, ale by zachęcić do tego, by wątki miłosne (które szczególną niechęcią często darzą panowie, a niesłusznie!) potraktować szerzej i spróbować przełożyć je na prawdziwe życie. Romeo i Julia czy Tristan i Izolda nie kojarzą mi się z nieustającym szczęściem, ani też ze zbytnim realizmem, znakiem tego temat należy chapnąć z innej strony. Nie tragicznej i melodramatycznej, nie przesłodzonej i sztucznej.
Oczywiście, siąkania nosem nad losem kopciuszka i ronienia łez wzruszenia, gdy odjeżdża z księciem białą karetą, nikomu nie zabraniam. W końcu kto nie lubi od czasu do czasu znaleźć się w bajce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz