Blog lajfstajlowy

sobota, 21 listopada 2015

Fitfobia

Wychodzę z założenia, że najlepszy post, jakiego można napisać na blogu to taki, który po pierwsze jest zbudowany na własnym życiowym doświadczeniu autora, a po drugie może zainteresować wielu ludzi oraz, przy okazji, w jakiś sposób pomóc. A czy mamy większą potrzebującą wsparcia grupę, niż kobiety próbujące się odchudzać?



Ten post nie będzie skarbnicą złotych rad. Oczywiście, na pewno i one się pojawią, ale stwierdziłam, że istnieje paląca potrzeba wyjaśnienia pewnej podstawowej rzeczy. Mianowicie powiedzenia jasno i wyraźnie, że odchudzanie to nie jest jakiś magiczny rytuał, to nie jest rewolucja, to nie jest ścieżka cierpienia lub wręcz przeciwnie - nadmiernej ekscytacji.
Internetowe ikony procesu odchudzania i bycia fit, takie jak Ewa Chodakowska czy Anna Lewandowska na pewno zrobiły dla kobiet wiele dobrego. Po internecie krążą setki zdjęć udanych metamorfoz, a rzesza kobiet nauczyła się jeść owsianki z wyśmiewanymi z lekka jagodami goji. Moim zdaniem jednak cały ten fit szał i fit boom doprowadziły do jednej rzeczy - zaczęłyśmy się bać odchudzania w trochę inny sposób niż dotychczas.
Parę lat temu strach przed odchudzaniem polegał głównie na strachu przed chodzeniem głodnym i złym, strachu przed wyciskaniem z siebie siódmych potów na siłowniach. Przez instagramowe trenerki zostało to trochę złagodzone, na talerze trafiły piękne i smaczne zdrowe potrawy, a ćwiczenia stały się modną zabawą. Dlaczego więc mówię o tym, że dalej się boimy?
Dlatego, że teraz boimy się niedopasowania. Tego, że jeśli nie zjemy jagód goji i nie wciśniemy się w odblaskowe legginsy, to nie będziemy nigdy fit i piękne. Boimy się też, że absolutnie nie dorastamy do pięt boginiom życiowej rewolucji. Ale mało tego - my wcale tej rewolucji nie chcemy!
Teraz czas na odrobinę prywaty, żebyśmy mogły (a może i mogli) przejść dalej w rozważaniach. Całkiem niedawno był w moim życiu taki czas, około 3 lat, kiedy drastycznie i dramatycznie zaczęłam przybierać na wadze. Co gorsza, nie było to spowodowane tak oczywistymi czynnikami jak zaleganie na kanapie (tryb studiów zalegać nie pozwala) czy objadanie się czipsami i słodyczami po nocach (czipsów nie jem w ogóle, słodycze sporadycznie, a po nocach głodna nie bywam). Dużą "zasługę" miało tutaj mało wprawne leczenie hormonalne i pewnie jeszcze milion innych czynników. Tak czy siak nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy pielęgniarki z medycyny pracy, kiedy usłyszała moją oszacowaną przeze mnie masę ciała, natomiast ja minę miałam z pewnością godną zapamiętania w momencie, kiedy zrewidowano moje poglądy za pomocą pielęgniarskiej wagi (domową omijałam szerokim łukiem). Pokazywała ona niemal 30 kilogramów (!) więcej niż powinna. To był początek mojego zastanowienia się nad sobą, przez wakacje nawet kilka kilo udało się zrzucić, natomiast przełom nastąpił po wizycie u dobrej lekarki i konsultacji z dietetyczką, zaczęłam żyć inaczej... STOP. Nieprawda. Wcale nie zaczęłam "żyć inaczej". Nie odkryłam swojego lepszego ja. Nie przeprowadziłam rewolucji w swoim domu. A powiem Wam, że to takie hasła zawsze najbardziej mnie odstraszały.
Fit trenerki wołają do nas: ZMIEŃ SWOJE ŻYCIE! ODKRYJ NOWĄ SIEBIE! STAŃ SIĘ SZCZĘŚLIWA. Ja natomiast zawsze miałam z tyłu głowy nie do końca uświadomioną myśl, że hej - ja wcale nie chce zmieniać mojego życia, przecież jest całkiem fajne. Ja też jestem fajna i w dodatku wcale nie taka nieszczęśliwa. Tu chodzi tylko o to, że na zdjęciach wyglądam jak polędwica sopocka, nie mieszczę się w spodnie a do tego doszło mi kilka nowych problemów zdrowotnych. I tylko to chcę zmienić, nie całe moje życie, nie swoje wewnętrzne ja. Przyznaj, że jeśli myślisz teraz o odchudzaniu i czytasz wyżej wymienione hasła odczuwasz gdzieś na kręgosłupie lekki dreszczyk niepokoju. Dlatego ja dzisiaj mówię Ci, że nie potrzebujesz niczego drastycznego. No, chyba że naprawdę leżysz cały dzień na kanapie ciamkając muffiny, wtedy rzeczywiście musisz zmienić życie diametralnie. Natomiast w innych przypadkach do bycia zdrowszym, ładniejszym i bardziej zadowolonym z siebie człowiekiem wystarczą zmiany, które wcale nie zabolą tak jak myślisz.
Teraz coś co pewnie trochę zaboli, ale trudno. Tak, musisz się trochę ograniczyć. Tak, musisz wyrzucić z diety kilka rzeczy. Tak, musisz sie trochę poruszać. Ale to naprawdę nie wygląda tak jak na instagramie.
Teraz jednak trochę to załagodźmy. Regularność posiłków to coś co naprawdę szybko sobie wypracujesz. To kwestia max tygodnia przyzwyczajenia się. Wyrzucanie z diety niektórych produktów boli mniej jeśli na ich miejsce wskoczą inne, o których nawet byś nie pomyślała, a dobry dietetyk na pewno Ci je poleci. Jeśli coś jest dla Ciebie wskazane, a ty nie możesz absolutnie na to patrzeć, to nie jedz tego! Inaczej odchudzanie już zawsze będzie ci się kojarzyć z drogą przez mękę, Poza tym z niczym nie musisz żegnać się na zawsze. Odkąd zaczął się mój proces odchudzania (a słowo honoru, że jest efektywny, od końca września ubyło mi już co najmniej 7 kilo), nie raz zjadłam jakieś ciastko (i to takie, które nie było dietetyczne z żadnej strony), sałatki utytłane w majonezie i tak dalej. Zmieniło się jedynie to, że takie rzeczy jem teraz max. 1-2 razy w tygodniu. W dodatku dzięki temu ograniczeniu smakują zdecydowanie bardziej odświętnie. Jeśli zaś przeraża Cię wysiłek fizyczny, to też się nie bój! Nie dopasowałam całego rytmu swojego dnia do porannych przebieżek czy codziennych wizyt na siłowni. Za to wróciłam na moją kochaną zumbę i wyciśnięcie z siebie (z przyjemnością!) sporej ilości potu dwa razy w tygodniu przez godzinę wystarcza zupełnie (plus sporo chodzenia, ale zawsze "przy okazji", nigdy z myślą "no, to teraz muszę maszerować dwie godziny, eh"). Teraz może znowu się boisz, bo podskakiwanie w rytm muzyki zupełnie Ci nie leży, a w dodatku nie masz czasu. Gwarantuję, że każdy jest w stanie znaleźć dla siebie taką aktywność, która sprawi mu AUTENTYCZNĄ przyjemność. Nie na zasadzie "musi mi się to podobać, bo to jest fit i kiedyś w końcu na pewno poczuję te endorfiny". Są rzeczy, do których zapałasz miłością od początku, wystarczy dobrze poszukać.
To tyle ze złotych rad, bo jak mówiłam, nie na tym polegać miał ten post. Chcę Ci tylko powiedzieć, że jeśli boisz się zaczynać tego procesu, to takich jak Ty było, jest i będzie wiele. Wiele takich, które wcale nie chciały przeprowadzać w swoim życiu rewolucji, ale fit boom wmówił im, że to konieczne. Tym czasem odchudzanie to metoda małych kroków. Jeśli rozpoczniesz te zmiany w prawidłowy sposób i to najlepiej pod okiem kogoś, kto naprawdę się na tym zna, to nie będzie żadnej rewolucji. Będą efekty, które "pojawią się same", a Ty nie odczujesz żadnych bolesnych zmian. To mogę obiecać.
A jeśli dalej wątpisz, to powiem Ci, że nigdy w życiu nie miałam w ustach jagód goji. Natomiast wczoraj zjadłam kanapkę z żółtym serem. I poszłam walczyć dalej.

sobota, 27 czerwca 2015

Dlaczego powinieneś pojechać na konwent

Ten post moja geekowsko-fantaszcza strona kieruje przede wszystkim do osób, które a) nigdy nie były na konwencie fantasy i kultury popularnej, chociaż od dawna to rozważają lub b) nawet nie wiedzą co to znaczy. Mowa będzie więc właśnie o konwentach, czyli największym święcie większości fantastów i innych pozytywnie zakręconych ludzi.
Jakąś moją manią jest uprzedzanie w każdym poście, z jakiej perspektywy rozpisuję się na dany temat. Więc także i tutaj: piszę z perspektywy uczestnika niezbyt aktywnego, ale bardzo entuzjastycznego. Chociaż mój dorobek konwentowy nie jest duży (kilka konwentów w moim rodzinnym mieście i jeden poza), to jednak liznęłam ich wystarczająco dużo by wiedzieć co jest grane.
Dlaczego więc powinieneś pojechać na konwent?



Wszystko czego szukasz godzinami w internecie i książkach jest nagle w jednym miejscu. Okej, może dotyczy to głównie dużych konwentów, ale taka jest ogólna prawda. Na konwenty przyjeżdża mnóstwo ludzi - prelegentów, autorów, wystawców, ludzi pasjonujących się daną tematyką, uprawiających różne dziedziny sztuki i nauki, a ty możesz dowolnie czerpać z tego, co ze sobą przywożą. Nie mówię tylko o rzeczach materialnych, ale także o wiedzy, czy pasji którą mogą Cię zarazić. I zazwyczaj nie obowiązuje was bariera ty - klient/odbiorca, oni sprzedawcy/artyści/nauczyciele. Nie, tutaj każdy jest dla każdego, bez sztucznie tworzonych hierarchii

Tak płynnie przechodzimy do następnego punktu czyli ludzi i atmosfery. Często spotyka się stwierdzenie "przyjedź na konwent a poznasz nowych przyjaciół". Na pewno wielu faktycznie takich zyskało, ale w rzeczywistości nie jest to reguła. Jeśli jesteś osobą otwartą, jasne, go for it, jest mnóstwo osób z którymi znajdziesz wspólny język. Natomiast jeśli lepiej czujesz się w swoim zaufanym gronie - także nie ma sprawy, mi najlepiej konwenty spędza się w towarzystwie przyjaciół, zwłaszcza jeżeli interesujemy się podobną tematyką. Nie zależnie jednak od tego, czy chcesz poznać nowe osoby czy spędzić czas ze znajomymi prawda jest jedna - na konwentach zawsze panuje luźna, przyjacielska atmosfera, która ładuje emocjonalne akumulatory na wiele dni. Rzadko spotyka się tak wielu pozytywnie nastawionych do świata ludzi w jednym miejscu

Rozwijając kolejny wątek z punktu pierwszego - konwenty to skarbnica wiedzy, ciekawostek i rozwijających dyskusji. Ja właśnie jestem typem "prelekcyjnym" konwentowicza - gdy tylko wychodzi program, rzucam się na niego z notesem i markerem zaznaczając interesujące mnie spotkania. Ich gama jest zawsze bardzo szeroka (chociaż oczywiście zależy to od profilu konwentu) - od klasycznych motywów w fantastyce, przez ciekawe aspekty historii, po naukowe podstawy możliwości życia pozaziemskiego - naprawdę jest w czym wybierać. Polecam robić notatki! Do tej pory chowam swoje z prelekcji o ukrywaniu zwłok czy też pogadanki o absyncie. W kuluarach zaś, niczym na konferencji naukowej, odbywają się dyskusje na temat budowy anatomicznej i fizjologii smoków, która pozwala im ziać ogniem. Na warsztatach zaś nauczysz się tańców irlandzkich, kaligrafii lub władania kataną. Poznawczy zawrót głowy gwarantowany!


Kolejnym powodem, dla którego poczujesz się jak w raju jest fakt, że konwenty to prawdziwe supermarkety dla miłośników tematyki. Zacznij oszczędzać już parę miesięcy wcześniej, bo inaczej czekać Cię będzie sporo dylematów i wyrzeczeń. Znowu, co logiczne, im większy konwent tym bardziej prawdziwe jest to stwierdzenie. Książki, gry, planszówki - jasne. Ubrania, biżuteria, akcesoria - do wyboru do koloru. Plakaty, gadżety, zastawa stołowa - nie ma sprawy. Proponuję zawczasu wynająć taczkę.

Dodatkowego smaku każdemu konwentowi dodają nieodłączni cosplayerzy - najbarwniejsze dzieci fantastycznego świata. Stroje zaspokajają zarówno potrzeby estetyczne, jak i pozwalają bardziej "fizycznie" spotkać bohaterów, których przygody przeżywamy na ekranach lub stronicach. A jeśli powiem Ci, że to zabawa dla każdego, kto dysponuje wyobraźnią (no i może odrobiną zasobów materialnych)? Ty także możesz przechadzać się wśród ludzi jako obrońca uciśnionych lub najpodlejszy z czarnych charakterów. Nie musisz jednak koniecznie wcielać się w konkretną postać - zasada jest bowiem jedna: im dziwniej wyglądasz i swobodniej się z tym czujesz, tym bardziej będziesz pasował do całego tego zamieszania.

Konwenty to także pole do działania dla innych artystów, nie tylko cosplayerów. Spotkać możesz krawców, wytwórców biżuterii, grafików, ludzi malujących figurki, a na większych konwentach nawet zespoły muzyczne lub cyrkowe. Zaliczę także do tej kategorii odtwórstwo historyczne obejmujące bardzo wiele epok, jego miłośnicy często stanowią jedną z konwentowych atrakcji.

Zawsze dużą atrakcją jest możliwość spotkania swoich ulubionych autorów i innych twórców, którzy schodzą z okładek książek i okazują się być zupełnie normalnymi, arcyciekawymi ludźmi, z którymi można pogadać, zadać pytania, cyknąć sobie fotkę czy nawet strzelić kawkę z automatu. Poza tym, w czasie spotkań autorskich często padają wzmianki o kolejnych planowanych dziełach lub wyjaśnienia dotyczące poprzednich, dlatego zawsze warto zaczaić się na swojego ulubieńca i odkryć część jego tajemnic.



Cudowną sprawą jest to, że takie imprezy są absolutnie dla każdego. Niezależnie od wieku, płci, czy zasobności konta. Często spotkać można atrakcje dla najmłodszych, a i górna granica wieku może Cię zaskoczyć. Oczywiście, w głównej mierze bywalców konwentów stanowią ludzie młodzi. Jednak większość 'konów' otwarta jest dla każdego zainteresowanego

Sama nie wiem czemu, ale konwent to zawsze kupa śmiechu i dobrej zabawy. Bycie fantastą czy 'geekiem' zaskakująco często łączy się z inteligentnym poczuciem humoru, czego doświadczyć można zarówno w czasie prelekcji i rozmów, jak i zupełnie spontanicznych zaskakujących akcji uskutecznianych przez innych uczestników. Jeśli narzekasz na niedobór endorfin, to na pewno naładujesz się na konwencie. Poza tym, sam fakt, że przez dzień lub kilka przebywać będziesz w tak niezwykłym świecie, dobrze wpłynie na Twój nastrój. A potem będziesz cierpiał na syndrom odstawienia.