Każdy z nas ma jakieś wyobrażenie (lub doświadczenie :D) na temat bycia studentem, przynależności do tej jednej wielkiej rodziny moczymord i imprezowiczów. Bądźmy jednak szczerzy, w praktyce to nie zawsze tak wygląda, a już na pewno nie wygląda kiedy idziesz na TE studia.
Traf życiowy chciał, że trafiłam na uczelnię medyczną. Nie na kierunek lekarski konkretnie, ale na coś porównywalnie hardkorowego pod względem ilości nauki, pożeranego czasu, stresów i przyszłej odpowiedzialności za życie drugiego człowieka. Stało się tak nie "ponieważ czuję w sobie taka potrzebę ażeby ratować świat" ale na zasadzie "jak już zdałam maturę z tego i z tego, to trzeba z tym coś konkretnego zrobić". Tak to się zaczęło. Kiedy już postanowiłam że tak będzie, to nagle też pojawiło się we mnie coś na kształt ambicji, zakupiłam fartuch (i buty!) i poczułam się całkiem cacy.
Po tym krótkim wstępie zapytajmy więc: po co piszę ten post? Dla tych, którzy jeszcze nie wybrali się na studia, a zamierzają i nie wiedzą co będzie dla nich najlepsze. Dla tych, którzy już studiują, ale z levelem expert w dziedzinie bycia żywym zombie nie mieli styczności i chcą wiedzieć jak to w zasadzie jest. Dla tych, którzy trafili podobnie i chcą się łączyć w 'bulu i nadzieji', ale także w bardziej pozytywnych aspektach naszego żywota. I w ogóle dla wszystkich, którzy chcieliby się dowiedzieć o co właściwie chodzi.

Uwaga, pisze to oczywiście z perspektywy studenta medycznego i na własnej skórze nie doświadczyłam studiów humanistycznych, ekonomicznych, prawniczych czy jakichkolwiek innych. I nie jest to też post skierowany wyłącznie dla studentów medycyny (czy jak kto woli "lekarskiego")! Wręcz przeciwnie, sądzę, bo jednak medycyna to przypadek dosyć szczególny i zostawię to ludziom doświadczonym w dziedzinie. Piszę więc tak jak mi się wydaje i co moim zdaniem najbardziej charakteryzuje moją drogę naukowej kariery ;)
Aye, więc startujemy
1. Jak to jest faktycznie z nauką?
Nauka jest. <wow>. Jest jej dużo. Jest naprawdę różnorodna, zwłaszcza na początku (pierwsze dwa lata, I think) kiedy lecisz z przedmiotami ogólnymi i musisz ogarnąć WSZYSTKO. Chemię, fizykę, biologię, statystykę, a nawet takie pierdółki typu psychologia czy socjologia, i, bolesna dla szczególnie opornych na humanizm, historia. Nie jest to łatwe do przełknięcia (moja pierwsza zimowa sesja to tramumatyczne wspomnienie do tej pory), ale konieczne. Możesz się kłócić - a po co mi to, czy tamto. I ja nie powiem Ci, że to wszystko będzie a) zapamiętywalne b) przydatne w dalszym toku studiów. Ale trzeba umieć się rozkręcić, na tych właśnie przedmiotach przyzwyczaić się do tego jak masz myśleć, uczyć się, kombinować i walczyć. I nawet jeśli na początku jest trudno, kolos za kolosem leci niezdany, a ty gryziesz w nocy poduszkę z frustracji, to wyjdziesz po tym mocniejszy i gotowy na naukę tego co będzie napawdę istotne. Poza tym sądzę, iż procentowo częściej niż w szkole okazuje się, że kiedyś to czy tamto naprawdę się przyda. Potem bowiem, kiedy wchodzą "przedmioty zawodowe", jesteś już wkręcony w temat, a zajęcia są coraz ciekawsze i bardziej konkretne.
Częstotliwość kolosów/wejściówek/zaliczeń? Różna, ale jednak duża. Nie ma co liczyć na dwa lajtowe koła na semestr i wesołe opierdalanie się. Bardzo wielu prowadzących, zwłaszcza w tych wcześniejszych latach, wali wejściówkę za wejściówką. I chociaż czasami w praktyce niezdana wejścówka nie oznacza wywalenia na zbity ryj z cwiczeń, to jednak i takie sytuacje mają miejsce.
Zaznaczam jednak, że wbrew pozorom nie trzeba być orłem żeby ogarnąć to umysłem. Na swój kierunek dostałam się jako jedna z ostatnich na liście, a przeżyłam już parę lat bez żadnego warunku ni powtarzania roku tym bardziej. Poprawek, czy to kolosów czy całych egzaminów, już nie liczę, ale z odpowiednią dozą cierpliwości i odporności na stres wszystko jest do przełknięcia. Na mojej uczelni panuje przekonanie, że "trudniej jest się tu dostać niż wylecieć" i póki co jak najbardziej to się sprawdza. Jeśli ktoś wypadł z obiegu, to naprawdę było to na jego własne, bardzo wyraźne życzenie, względnie nierobienie absolutnie nic (łącznie z uczestnictwem w zajęciach :D)
2. Jak wyglądają zajęcia?
No cóż, ja z kolei nie potrafię wyobrazić sobie zajeć na studiach humanistycznych, a u nas jest to po prostu... robota i tyle :D Chociaż to też zależy od przedmiotu, oczywiście, ale w większości przypadków jest to po prostu laboratorium, gdzie latasz odczynnikami, parzysz sobie paluchy, otaczasz wonnymi oparami, uczysz sie obsługiwać jakieś niewyobrażalnie nieogarnialne sprzęty, siedzisz nad mikroskopem, ugniatasz fantomy, roztapiasz się pod wpływem kilkunasu rozstawionych po sali palników... etc etc etc. Ale na pewno nie będziesz się nudzić i mówię to zupełnie poważnie, w sensie pozytywnym. Nie szłam na te studia z jakiegoś szczególnego powołania, a jednak naprawdę często przyjemność sprawia mi wykonywanie tego wszystkiego co kiedyś oglądało się tylko na filmach.
Oczywicie istnieją też zajęcia "siedzone". I wbrew pozorom często są one bardziej wyczerpujące, bo siedzenie w miejscu i słuchanie nie koniecznie ciekawych tematów (lub udawanie, że się słucha) wypompowuje z sił bardziej, niż takie szalone latanie.
3. Czy naprawdę nie mam czasu na nic poza tym? Czy nie mam już życia?
Bzdura. Oczywiście, że życie jest, zwłaszcza że każdy normalny człowiek potrzebuje od czasu do czasu odstresowania i robienia tego co lubi, a nie tego, co musi. Każdy ma na to swój własny sposób. Jest czas na znajomych, nawet czas na jakieś podróże, imprezy, hobby lub myślenie o niebieskich migdałach. Ja z resztą osobiście nie jestem typem kujona masochisty, który cały Boży dzień ryje na pamięć skrypty od deski do deski. A mimo to, jak wspomniałam wyżej, w miarę bezboleśnie dotarłam już całkiem daleko.
4. Nastraszyli mnie na pierwszych zajęciach, czy naprawdę wszyscy prowadzący to tyrani?
Nie :D Pierwszoroczniak na pierwszych kilku "zajęciach organizacyjnych" może się czuć przytłoczony, w końcu znajduje się teraz w zupełnie innej pozycji niż uczeń głaskany po główce i prowadzony za rączkę. Teraz musisz sobie radzić. Jednak z mojego doświadczenia wynika, że w praktyce każde zajęcia okazują się mniej bolesne niż to sobie wyobrażasz, kiedy ktoś pierwszy raz przczytał Ci "warunki zaliczenia przedmiotu" i "regulamin pracowni" :) Wiele osób to przeszło, wiele przechodzi razem z Tobą i wielu jeszcze przejdzie. Poza tym stara prawda mówi, że ci "najstraszniejsi" to ci o których potem najśmieszniej i najtkliwiej rozmawia się na kolejnym relaksującym piwie :D
5. Okej, ale za to ty mnie nastraszyłaś, wychodzi na to, że uczelnia medyczna to absolutnie okropne miejsce.
Nope. Na pewno jest absolutnie okropnym miejscem dla tych, którym po ujrzeniu swojego nazwiska na licie przyjętych kończy się wszelaka ambicja. Trzeba tam trochę popracować, ale powtarzam, to bardzo ciekawe miejsce, wiele z niego wyniesiesz i być może odkryjesz tutaj swoje powołanie. A przy tym dalej będziesz mieć życie i, ot się okazuje, wcale nie będziesz "żywym zombie" ze wstępu. Jeśli kręcą się klimaty biologiczne lub biologiczno-chemiczne, to nie bój się. I nie myśl, że bez matury bliskiej 90% nie dasz rady. Ja przedmioty istotne pozdawałam na ok. 70% i mam się tu całkiem nieźle. Poza tym możesz sobie nosić fartuch i wyglądać w nim przekozacko. (tak wiem, nie tylko tu, ale tutaj na pewno i często!)
6. Czy to jest niebezpieczne?
I tak i nie. Na moim roku oprócz jednego małego pożaru, kilku poległych probówek/kolbek, rozlanych odczynników itd nie stało się nic niezwykłego. Każda pracownia ma jednak swój sztywny regulamin, na każdej obowiązuje odzież ochronna (w tym często rękawiczki czy okulary). Poza tym trzeba mieć swój zdrowy rozsądek oraz dokładnie słuchać poleceń, a nic nie ma prawa się stać. Nie padamy masowo (w ogóle nie padamy) na choroby zakaźne, nie staliśmy się mutantami z powodu toksycznych substancji, nie pozbawiliśmy się skóry za pomocą silnych kwasów, nie pokroiliśmy się, nie spłonęliśmy. Jest okej
bonus: Anatomia jest legendarna, czy to naprawdę taki kosmos?
Na medycynie zdecydowanie tak :D na innych kierunkach nauka tego przedmiotu faktycznie nie jest łatwa, ale wygląda bardzo różnorodnie i czasem (być może niestety) opiera się na czystej teorii. Dla mnie osobiście ten przedmiot był jednym z "byle przebrnąć", o wiele przydatniejsza od tak szczegółowej anatomii okazała się później fizjologia.
Mimo że pozwoliłam sobie nieco postraszyć, to jednak zapraszam wszystkich, którzy czują się w miarę ukierunkowani na kwestie medyczne i chcą przeżyć następne kilka lat na nieco hardym levelu, ale na pewno z masą przygód, wspomnień, ciekawej wiedzy i bez nudnego życia od jednej popijawki do drugiej.
Ale przecież popijawki też mają miejsce :D