Więc CZEŚĆ DZIEWCZYNY i jedziemy z listą kosmetyków i te pe, które na co dzień ratują mi skórę (i inne części ciała):
1. Krem do rąk
Z racji tego, że po pierwsze moja skóra, zwłaszcza na dłoniach, lubi się wysuszać, a będąc skórą atopową - okropnie pękać, piec i swędzieć, a także przez to że przynajmniej dwa-trzy razy w tygodniu muszę pracować w rękawiczkach, krem do rąk jest nieodzowną częścią mojego życia codziennego. Nie tylko mojego z resztą, jeśli pójdziesz do moich dziewczyn z roku i rzucisz grzecznym pytaniem "Ej laski, ma któraś krem do rąk?" dostaniesz 10 wyciągniętych momentalnie tubek. Czasem dwie w jednej dłoni.
Może to kwestia autosugestii, ale w moim przypadku sprawdzają się tylko kremy Garniera. Kiedyś klasyczny czerwony, teraz ten "Nawilżenie 7 dni" o zapachu mango (opakowanie jest teraz lekko zmienione, stosuje zdjęcia z internetów dla zachowania pozorów prywatności <ok>)
Miałam też krótki romans z kremem Eva Natura Zioła Polskie, ale mimo pozytywnych opinii krążących po sieci wywołał u mnie jedynie wstręt do cytrynowych zapachów. Zbyt wodnisty, za mało hardkorowy dla moich biednych łapek. :( Smutna buzia.
2. Jedwab do włosów.

Prawdopodobnie nigdy nie zasłużę sobie na tytuł włosomaniaczki, bo też niestety swoje włosy mam zazwyczaj w głębokim poważaniu. Nie narzekam na nie, bo przynajmniej mam ich sporo (chociaż cienkie) i ogólnie "dają radę", ale lepiej nie mówić kiedy ostatnio byłam u fryzjera albo robiłam im cokolwiek niezwykłego poza (o zgrozo!) nieustannym farbowaniem na różne lisie (a jakże) kolory. Mimo to jest jedna rzecz, która trochę mnie rozgrzesza - nauczyłam się stosować jedwab do włosów. Polecam wszystkim serdecznie jedwab (właściwie 'odżywkę z jedwabiem') Marion Natura Silk. Nie mam co prawda porównania z innymi, ale niech to świadczy o tym, że pierwszy strzał był zupełnie zadowalający. Oprócz tego po każdym myciu leci też odżywka w sprayu Gliss Kur oraz...
3. Pianka do włosów

To jest klasyczny przykład sytuacji pt "dzieci słuchajcie rodziców". Pewnie gdybym wcześniej stosowała się do rad odnośnie używania pianki do włosów, to pare szczenięcych lat mniej przełaziłabym w wersji na szczura kanałowego. Teraz jestem już szczurem napuszonym. Dla mnie osobiście najważniejszym efektem działania pianki jest to, że włosy trzymają się na jednym myciu 2-3 dni. Doświadczalnie sprawdzone zostało, że moje hery w wersji saute kluchują się po kilkunastu godzinach <tak> Ale uwaga, pianka Wellaflex koniecznie o mocy 5, słabsze to jedynie 1-1,5 dnia radości.
4. Lakier do paznokci

Paznokciomaniaczką też nie jestem. Może wręcz jestem nicmaniaczką. Ale to nie zmienia faktu, że te milusie okrąglusie lakiery Miss Sporty dażę uczuciem odwzajemnionym. Może i nie są wielkie objętościowo. Może faktycznie szybko tracą swoje właściwości i wysychają w buteleczce (ja akurat nie narzekam, to opinia zasłyszana). Ale dla takich manualnych nieogarów jak ja są fantastyczne. Po pierwsze jest coś w oryginalnym dosyć grubym i okrągłym pędzelku. Po drugie nie trzeba mozolnie nakładać tysięcy warstw i walczyć z nierównościami - szast prast, jedna warstwa, druga dla intensywności i wyrównania i jadę. Kilka dni, mimo że i dla paznokci nie mam miłosierdzia. Aha, i najważniejsze - kosztują ok 7 zł ;D Najnowszym nabytkiem jest obecnie kolor musztardowy, ale jeszcze nie miałam odwagi użyć, natomiast świątecznie występowałam w kolorze malinowym.
5. Kredka do oczu

Oczy to jedna z nielicznych części ciała, na które w duchu nie narzekam (oczy nie tyją! wow wow). Lubię ich kształt i kolor, więc należy im się z tego tytułu odpowiednia oprawa. Oprócz tego co robi większość z nas, czyli tuszowania (Rimmel Extra Super Lash w moim przypadku), na codzień stosuję także kredkę. Od lat niezmiennie w kolorze ciemnego brązu (prawie czarny, ale jednak ta ciepła nutka!), zawsze od l'Oreala. Czasem z pyndzlem (boleje, bo takową gdzieś posiałam :() czasem bez, czasem na dolną powiekę, czasem na obie (była też faza na górną powiekę jedynie, ale jakoś przeszła). Bez kredki czuję się jakaś taka niedorobiona, nieokreślona i nieprofesjonalna (tak jakby kredka miała cos tu pomóc, ha-ha)
***Bonusssss: Jak zrobiłam, że nie mam pryszcza:
Cieszę się, że od jakiegoś czasu znajome (zwłaszcza te dawniej widziane) mówią, że mam obecnie ładną cerę. Nawet bardzo, bo wcale nie byłam pod tym względem łagodnie potraktowana przez los. Całe wieki temu, w nieszczęsnym czasie gimnazjum, z moją twarzą zaczęły się dziać złe rzeczy. ZŁE. BARDZO. Oczywiście w ruch poszli dermatolodzy, antybiotyki... jasne, działało, dopóki miłe bakterie, w zemście za surowe traktowanie, nie postanowiły odrobinkę nabyć oporności i nie urządziły sobie ponownej imprezy w czasach liceum. Pewnie człowiek normalny poszedłby znowu do lekarza i wyszedł z receptą na kolejny antybiotyk, suszył sobie nim skórę twarzy kolejne x lat i nie wiadomo co dalej. Mnie tym czasem wybawił przypadkiem wynaleziony żel z oczarem:

Jedyne co można było mu zarzucić to lekko nieprzyjemny zapach (antybiotyki potrafią walić gorzej...), ale przy stosowaniu na noc nie miało to większego znaczenia. Przy wsparciu, oczywiście, odpowiedniej higieny oczar zadziałał rewelacyjnie. Nie ukrywam, że mogła być to też po prostu kwestia "wyrośnięcia" z trądziku, ale w takim razie muszę być jakimś cudownym przypadkiem, który przeszedł z jednego ekstremum w drugie. Tak czy siak polecam jednak tą niepozornie wyglądającą tubkę. Aha, jak to z żelami bywa, ten także bardzo przyjemnie chłodzi skórę. Przynajmniej z tego co pamiętam, bo teraz jestem w sytuacji na tyle dobrej, że wystarcza mi jedynie codzienne mycie twarzy. Do tego zaś od lat stosuję niezmiennie Nivea Visage Clean Deeper - miły żelopeeling.

Swoją drogą ostatnio nie widzę go na półkach więc jakby ktoś miły kiedyś przypadkiem tu był i wiedzial czy zniknął czy zmienił dizajn czy jeszcze co innego to proszę o cynk
I takie jakby PS2: jakby ktoś polecił dobry dla nowicjuszki eyeliner w pędzelku lub pisaku to też miło by było ;)
Pozdrawiam i spóźnione Wesołych Świąt :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz