Blog lajfstajlowy

sobota, 27 czerwca 2015

Dlaczego powinieneś pojechać na konwent

Ten post moja geekowsko-fantaszcza strona kieruje przede wszystkim do osób, które a) nigdy nie były na konwencie fantasy i kultury popularnej, chociaż od dawna to rozważają lub b) nawet nie wiedzą co to znaczy. Mowa będzie więc właśnie o konwentach, czyli największym święcie większości fantastów i innych pozytywnie zakręconych ludzi.
Jakąś moją manią jest uprzedzanie w każdym poście, z jakiej perspektywy rozpisuję się na dany temat. Więc także i tutaj: piszę z perspektywy uczestnika niezbyt aktywnego, ale bardzo entuzjastycznego. Chociaż mój dorobek konwentowy nie jest duży (kilka konwentów w moim rodzinnym mieście i jeden poza), to jednak liznęłam ich wystarczająco dużo by wiedzieć co jest grane.
Dlaczego więc powinieneś pojechać na konwent?



Wszystko czego szukasz godzinami w internecie i książkach jest nagle w jednym miejscu. Okej, może dotyczy to głównie dużych konwentów, ale taka jest ogólna prawda. Na konwenty przyjeżdża mnóstwo ludzi - prelegentów, autorów, wystawców, ludzi pasjonujących się daną tematyką, uprawiających różne dziedziny sztuki i nauki, a ty możesz dowolnie czerpać z tego, co ze sobą przywożą. Nie mówię tylko o rzeczach materialnych, ale także o wiedzy, czy pasji którą mogą Cię zarazić. I zazwyczaj nie obowiązuje was bariera ty - klient/odbiorca, oni sprzedawcy/artyści/nauczyciele. Nie, tutaj każdy jest dla każdego, bez sztucznie tworzonych hierarchii

Tak płynnie przechodzimy do następnego punktu czyli ludzi i atmosfery. Często spotyka się stwierdzenie "przyjedź na konwent a poznasz nowych przyjaciół". Na pewno wielu faktycznie takich zyskało, ale w rzeczywistości nie jest to reguła. Jeśli jesteś osobą otwartą, jasne, go for it, jest mnóstwo osób z którymi znajdziesz wspólny język. Natomiast jeśli lepiej czujesz się w swoim zaufanym gronie - także nie ma sprawy, mi najlepiej konwenty spędza się w towarzystwie przyjaciół, zwłaszcza jeżeli interesujemy się podobną tematyką. Nie zależnie jednak od tego, czy chcesz poznać nowe osoby czy spędzić czas ze znajomymi prawda jest jedna - na konwentach zawsze panuje luźna, przyjacielska atmosfera, która ładuje emocjonalne akumulatory na wiele dni. Rzadko spotyka się tak wielu pozytywnie nastawionych do świata ludzi w jednym miejscu

Rozwijając kolejny wątek z punktu pierwszego - konwenty to skarbnica wiedzy, ciekawostek i rozwijających dyskusji. Ja właśnie jestem typem "prelekcyjnym" konwentowicza - gdy tylko wychodzi program, rzucam się na niego z notesem i markerem zaznaczając interesujące mnie spotkania. Ich gama jest zawsze bardzo szeroka (chociaż oczywiście zależy to od profilu konwentu) - od klasycznych motywów w fantastyce, przez ciekawe aspekty historii, po naukowe podstawy możliwości życia pozaziemskiego - naprawdę jest w czym wybierać. Polecam robić notatki! Do tej pory chowam swoje z prelekcji o ukrywaniu zwłok czy też pogadanki o absyncie. W kuluarach zaś, niczym na konferencji naukowej, odbywają się dyskusje na temat budowy anatomicznej i fizjologii smoków, która pozwala im ziać ogniem. Na warsztatach zaś nauczysz się tańców irlandzkich, kaligrafii lub władania kataną. Poznawczy zawrót głowy gwarantowany!


Kolejnym powodem, dla którego poczujesz się jak w raju jest fakt, że konwenty to prawdziwe supermarkety dla miłośników tematyki. Zacznij oszczędzać już parę miesięcy wcześniej, bo inaczej czekać Cię będzie sporo dylematów i wyrzeczeń. Znowu, co logiczne, im większy konwent tym bardziej prawdziwe jest to stwierdzenie. Książki, gry, planszówki - jasne. Ubrania, biżuteria, akcesoria - do wyboru do koloru. Plakaty, gadżety, zastawa stołowa - nie ma sprawy. Proponuję zawczasu wynająć taczkę.

Dodatkowego smaku każdemu konwentowi dodają nieodłączni cosplayerzy - najbarwniejsze dzieci fantastycznego świata. Stroje zaspokajają zarówno potrzeby estetyczne, jak i pozwalają bardziej "fizycznie" spotkać bohaterów, których przygody przeżywamy na ekranach lub stronicach. A jeśli powiem Ci, że to zabawa dla każdego, kto dysponuje wyobraźnią (no i może odrobiną zasobów materialnych)? Ty także możesz przechadzać się wśród ludzi jako obrońca uciśnionych lub najpodlejszy z czarnych charakterów. Nie musisz jednak koniecznie wcielać się w konkretną postać - zasada jest bowiem jedna: im dziwniej wyglądasz i swobodniej się z tym czujesz, tym bardziej będziesz pasował do całego tego zamieszania.

Konwenty to także pole do działania dla innych artystów, nie tylko cosplayerów. Spotkać możesz krawców, wytwórców biżuterii, grafików, ludzi malujących figurki, a na większych konwentach nawet zespoły muzyczne lub cyrkowe. Zaliczę także do tej kategorii odtwórstwo historyczne obejmujące bardzo wiele epok, jego miłośnicy często stanowią jedną z konwentowych atrakcji.

Zawsze dużą atrakcją jest możliwość spotkania swoich ulubionych autorów i innych twórców, którzy schodzą z okładek książek i okazują się być zupełnie normalnymi, arcyciekawymi ludźmi, z którymi można pogadać, zadać pytania, cyknąć sobie fotkę czy nawet strzelić kawkę z automatu. Poza tym, w czasie spotkań autorskich często padają wzmianki o kolejnych planowanych dziełach lub wyjaśnienia dotyczące poprzednich, dlatego zawsze warto zaczaić się na swojego ulubieńca i odkryć część jego tajemnic.



Cudowną sprawą jest to, że takie imprezy są absolutnie dla każdego. Niezależnie od wieku, płci, czy zasobności konta. Często spotkać można atrakcje dla najmłodszych, a i górna granica wieku może Cię zaskoczyć. Oczywiście, w głównej mierze bywalców konwentów stanowią ludzie młodzi. Jednak większość 'konów' otwarta jest dla każdego zainteresowanego

Sama nie wiem czemu, ale konwent to zawsze kupa śmiechu i dobrej zabawy. Bycie fantastą czy 'geekiem' zaskakująco często łączy się z inteligentnym poczuciem humoru, czego doświadczyć można zarówno w czasie prelekcji i rozmów, jak i zupełnie spontanicznych zaskakujących akcji uskutecznianych przez innych uczestników. Jeśli narzekasz na niedobór endorfin, to na pewno naładujesz się na konwencie. Poza tym, sam fakt, że przez dzień lub kilka przebywać będziesz w tak niezwykłym świecie, dobrze wpłynie na Twój nastrój. A potem będziesz cierpiał na syndrom odstawienia.

piątek, 26 czerwca 2015

Za co pokochaliśmy trzecią odsłonę "Wiedźmina"

Zgodnie ze wszystkimi znakami na niebie i ziemi, najnowsza produkcja CD Projekt Red zrobiła w świecie kolosalną karierę. Nie wiem, czy "Wiedźmina" można porównać do jakiegokolwiek polskiego produktu eksportowego - nawet jeśli kiedyś wysłaliśmy coś w świat w takiej ilości, to na pewno nie powstał wokół tego taki szum. A co dopiero na naszej polskiej ziemi, gdzie tysiące osób darzą Geralta wielkim sentymentem oraz generalnie "czują klimat". Jeśli więc chciałbyś się dowiedzieć, czemu "Dziki Gon" zrobił tak oszałamiającą karierę, i jakie czynniki zdecydowały o jego popularności, ten post jest właśnie dla Ciebie. Rozłożę bowiem na części składowe wszystkie ochy i achy

Post powstał w wyniku konsultacji społecznych, jakie przeprowadziłam na jednym z międzynarodowych forów, tak więc przedstawione w nim opinie nie są jedynie moimi własnymi. Chociaż zasadniczo się z nimi zgadzam ;)

Zacznijmy od tego, że grając w trzecią odsłonę "Wiedźmina" otrzymujesz wielki, dynamiczny świat, na który masz realny wpływ - jeśli dobrze liczę, dostaliśmy do zwiedzenia 5 lokacji, z czego 3 zadziwiają swoim ogromem (Novigrad i Velen policzyłam jako jedną, nie bijcie puryści!) i co ważne, nie sprawiają one wrażenia robionych za pomocą stempla. Świat "Wiedźmina" żyje, a nawet tętni życiem. Na mnie największe wrażenie zrobiła lokacja miejska, to jest Novigrad - tak pięknego miasta nie widziałam chyba w żadnej grze. Miasta żyjącego według dobowego rytmu (co nie oznacza jedynie tego, że NPC znikają nocą w chałupach), pełnego domów, gospód, zakładów rzemieślniczych, szemranych zaułków, zróżnicowanego według dzielnic i bogatego w najróżniejsze postacie. Oczywiście ogromne wrażenie robi też natura Temerii, a screeny krajobrazów przypominają najlepsze widokówki. Jeśli dodamy do tego fakt, że jako gracze mamy częściowy wpływ na jego kształtowanie, to otrzymujemy erpegowy świat idealny.

Panorama Novigradu


Rozbudowane questy, tworzone "z miłością" to punkt numer dwa. Tworzenie 1586 questów opartych na czterech schematach jest dosyć powszechną praktyką twórców najnowszych RPG, co widać chociażby na przykładzie Dragon Age: Inquisition (pokochałam Inkwizycję całym serduszkiem, ale pod koniec można już było dostać kociokwiku na widok kolejnej identycznej szczeliny bronionej przez identyczne demony. litości!). Redzi podeszli zaś do tematu profesjonalnie i nie dość, że każdy quest jest dopracowany i przyjemny, to jeszcze bogaty w często "niepotrzebne" szczegóły, które dodają smaku całości. Twórcy mieli dla swojego dzieła dużo dużo serca i profesjonalizmu, co widać i czuć za każdym razem. A przecież wydawać by się mogło, że odklepywanie wiedźmińskich zleceń jest idealną bazą pod takie questowe kopiuj-wklej. Tym czasem nawet wiedźmińska praca zarobkowa jest dopieszczona w każdym szczególe. Jak to mówią, nic dwa razy się nie zdarza!
Do tego można się było spodziewać, że twórcy będą chcieli wybrać: albo rozbudowany świat i ciekawe wątki, albo długość rozgrywki. Tym czasem otrzymaliśmy maksymalnie wykorzystane setki godzin zabawy.

Kontynuując nieco wątek z poprzedniego akapitu, zachwyt budzi też dbałość o szczegóły - w "Dzikim Gonie" naprawdę trudno znaleźć coś zrobionego na odwal. Omówiłam to już na przykładzie questów, ale przecież nie tylko one składają się na grę. Dostaliśmy dopieszczone architektonicznie miasta, wsie i pałace. Spotykamy postacie o unikalnym charakterze, historii czy nawet sposobie wysławiania się. Wzruszamy się nie tylko głównym wątkiem, ale i wieloma pobocznymi. Nie zwiedzamy 24 identycznych ruin, a bardzo zróżnicowane lokacje. Przestrzeń jest przemyślana i dobrze zagospodarowana. Rozwalamy naszą łódkę o skały. Wiedźminowi rośnie broda. Amen.

Coś, co bardzo cieszy w "Dzikim Gonie" to koniec z czarno-białymi postaciami i bohaterem ratującym świat (chociaż oczywiście już poprzednie części zmierzały w tym kierunku bardzo wyraźnie). Można powiedzieć, że większość twórców gier dąży teraz do pogłębienia rysu charakterologicznego bohaterów oraz zatarcia klasycznego podziału na dobrych i złych, naszych i tamtych. W trzeciej odsłonie "Wiedźmina" wyszło to bardzo naturalnie i prawdziwie. Sztandarową postacią jest na przykład Krwawy Baron - nie spoilerując jest to postać na tyle złożona, że długo po przejściu jego wątku nie jestem w stanie ustosunkować się do jego historii. Podobnie jest z resztą z większością bohaterów, mają bowiem, jak realne osoby, zarówno dobre jak i paskudne cechy charakteru, a prowadzenie ich wątków czy nawet dialogów bywa czasem trudne i pełne dylematów (co twórcy jeszcze utrudnili zmuszając nas od czasu do czasu do dokonywania szybkich wyborów w konwersacjach - czyż nie kolejny "życiowy" element?). Sam Geralt zaś nie jest w tej odsłonie tak bardzo uwikłany w politykę, oraz, jak wiadomo, nie jest smoczym dziecięciem, naznaczonym inkwizytorem lub kimś podobnym. Przeżywa bardzo osobistą historię, a to jak szerokie kręgi ona zatoczy często zależy od naszych wyborów.

Geralt i Ciri, czyli grywalni bohaterowie "Dzikiego gonu"


Nie jest też żadną tajemnicą, że gry tego pokroju nie udałoby się stworzyć, gdyby nie bardzo solidne podwaliny, jakie dały książki Andrzeja Sapkowskiego. Chociaż ich czytelnicy dzielą się zasadniczo na bardzo zachwyconych oraz bardzo rozczarowanych, to jednak obstawiam, ze tych pierwszych jest dużo więcej. Co ważniejsze, rośnie liczba osób poza granicami naszego kraju, która pod wpływem gry lub samego hype'u sięgnęła po tłumaczenia prozy Sapkowskiego.
Konsekwencje tego, że gra jest silnie osadzona w świecie znanym z literatury są dwie. Po pierwsze, w sposób zupełnie naturalny czytelnicy sięgają po gry jako kontynuacje znanych wątków (bo tym też produkcje Redów zaiste są). I zazwyczaj nie są zawiedzeni. W odróżnieniu od znanej wszystkim próby ekranizacji, gra solidnie trzyma się świata wykreowanego na kartach powieści oraz opowiadań. Nie odstaje, oczywiście, w żaden sposób jakością (o ile jakość książek i gier można w ogóle porównywać). I tutaj przechodzimy do drugiej konsekwencji, mianowicie twórcy mieli przed sobą gotowy, rozbudowany świat i bogactwo postaci z których mogli dowolnie czerpać. Dodatkowo wycisnęli też co tylko się da z polskiego/słowiańskiego folkloru, a także z historii, wiary czy sztuki innych kręgów kulturowych. Spletli to wszystko razem w jedno solidne lore. Bez literackiej podstawy być może chwiałoby się ono w posadach.

Kolejny element, to jest wszechobecny humor - właściwie jest to rzecz obecnie dosyć często spotykana w grach i pewnie nie ma w tym nic niezwykłego, ale po raz kolejny potwierdza się moja życiowa hipoteza - nic bardziej nie przyciąga ludzi niż konkretna dawka się śmiania. Zaskakujące dialogi, zbudowane naokoło żartów questy czy zabawne sceny ubarwiają grę, nie odejmując jej nic z "epickości", a jedynie jeszcze bardziej ją urealniają.

Związane bezpośrednio z humorem są też easter eggi, a raczej ich ogrom - chociaż wiele z nich jest do rozpoznania dla przeciętnego gracza obczajonego w miarę w popkulturze, to trzeba przyznać, że polscy gracze dostali tutaj kilka naprawdę wyjątkowych prezentów. Zacznę jednak może od tych możliwych do skojarzenia przez dowolnego gracza siadającego przed ekranem. W grze znajdziemy odniesienia do takich klasyków jak "Hobbit", "Gwiezdne Wojny" czy "Monthy Pyton i Święty Graal". Mamy też prztyczki w stronę "Zmierzchu" czy "50 twarzy Greya". Każdy na pewno łatwo odnajdzie nawiązania do popularnych baśni - Królewny Śnieżki, Jasia i Małgosi czy Szczurołapa. Novigradzkie prostytutki cytują Madonnę, a na ponurym cmentarzu wpadamy na weeping angels znane miłośnikom Doktora Who.
Jak już wspomniałam, polscy fani dostali jeszcze więcej - przeniesione w przestrzeń wirtualną "Dziady" czy stojący sobie w novigradzkim porcie, jak gdyby nigdy nic, gdański Żuraw. Klasyki polskiej piosenki są podśpiewywane pod nosem przez NPC. Sabat ma miejsce na - jakżeby inaczej - Łysej Górze. Nie tylko wprowadza to do gry ogromną dawkę humoru, ale także motywuje do odkrywania każdego zakątka i wyłapywania najdrobniejszych smaczków. Cierpliwi poszukiwacze zostaną nagrodzeni. Dla tych bardziej leniwych lub mniej spostrzegawczych: lwia część easter eggów na wiedźmińskiej wiki [ENG]

Widok na wiedźmińską twierdzę Kaer Morhen


Dużo robi też przyjacielski stosunek twórców do odbiorców. CD Projekt Red z sympatią odnosi się do wielkiej społeczności ukształtowanej dookoła ich gier. Oczywiście dużo mówi się o mnóstwie wydanych darmowych DLC, jednak wydaje mi się, że ta nić sympatii to szersza kwestia. Nigdy nie miałam wrażenia, że Redzi postawili się w pozycji bóstw zsyłających łaski prostemu ludowi. To raczej relacja na zasadzie "Cześć. Cieszymy się, że jesteście i że przeżywacie przygodę, którą dla was przygotowaliśmy, a za wasze zainteresowanie jesteśmy naprawdę wdzięczni". I chociaż głośno było też o opóźnieniach daty wydania, to widząc efekt końcowy chyba nikt nie dziwi się, że takie dopieszczenie mogło zabrać więcej czasu niż ktokolwiek się spodziewał.

Sama pisząc ten post stwierdzam, że brzmi jak opłacane darmowymi próbkami peany blogerek urodowych na temat nowej maseczki z wodorostu. Jednak w odróżnieniu od wodorostów, w Dzikim Gonie naprawdę trudno doszukać się większych wad. Zdarzają się wpadki takie jak wszędzie - glitche, bugi uniemożliwiające kontynuacje wątków, błędy graficzne. Biorąc jednak pod uwagę ogrom świata, trzeba to po prostu zrzucić na karb statystyki. W "Wiedźmina" gra się świetnie, historię przeżywa się osobiście, a świat staje się niemal tak znajomy i bliski jak ten realny. A chyba właśnie tego oczekujemy od gier

czwartek, 25 czerwca 2015

Nie bądź rzepą.

Zastanawiam się, dlaczego my kobiety na początku XXI wieku doznałyśmy zbiorowego rozdwojenia jaźni. Jest to fenomen naukowy, którego zbadaniem powinni się zająć specjaliści (kto wie, może nawet już się zajmują) Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której jednocześnie domagasz się szacunku, a z drugiej strony nie masz go sama dla siebie?



Nie jestem wojującą feministką, ani w sumie w ogóle żadną feministką. Uważam, że każdy ma swoją rolę w świecie, a także wynikające z niej "pros and cons". I chociaż daleka jestem od powsadzania nas z powrotem w gorsety i zamknięcia w czterech ścianach, to chciałam w tym momencie poprosić: kobiety, pamiętajcie że jesteście kobietami. Że wulgarność, chcąc nie chcąc (sorry feministki!), jest u nas bardziej rażąca, niż u szorstkiej męskiej płci. Że bycia damą nie dostaje się raz na zawsze, a bycie traktowaną poważnie i z szacunkiem, to mimo wszystko coś, na co trzeba sobie zasłużyć.
Zastanawiam się dlaczego codziennie widzę setki takich dziewczyn. Dziewczyn, które hopsają radośnie do piosenek Braci Figo Fagot "bo to takie śmieszne" i podśpiewują o świniach zabieranych do wuce, a potem dziwią się, że znajdują się osobnicy, którzy właśnie jak takie "świnie" je potraktują. Dlaczego jadą komunikacją miejską i klną na cały regulator, ale dla swojego mężczyzny chcą być tylko "skarbeczkiem" i "księżniczką". Dlaczego marzą o świetlanej przyszłości, zataczając się chodnikiem w centrum miasta. Dlaczego (nawet jeśli anonimowo) wrzucają zdjęcia swoich biustów i pośladków w czeluście internetu, jednocześnie zarzekając się, że robią to by pokazać wszystkim jakie są pewne siebie i wspaniałe. Dlaczego szukają miłości w ramionach wulgarnych, agresywnych synów patologii, kiedy marzą o książętach z bajek.
Kto sieje wiatr, ten zbiera burze. To tak jakby hodowało się rzepę i dziwiło się, że nie będzie winobrania. Tak, naprawdę jest to tak samo absurdalne.
Nie piszę tego postu z perspektywy dystyngowanej szlachcianki. Do bycia damą pewnie dużo mi brakuje. Ale pamiętajmy, że nie oznacza to chodzenia w długich sukniach i brylantowych kolczykach, posiadania kapelusza na każdą okazję, ani bycia oschłą i zimną arystokratką. Bycie damą to traktowanie samej siebie i innych tak jak samemu chciałoby się być traktowanym. Pokazywanie światu, że znasz swoją wartość (a nie koniecznie wartość swoich pośladków). Uśmiech, odwaga i kultura.



Wulgarność naprawdę potrafi być wypisana na twarzy. W gestach. W sposobie bycia. Jeśli zgarniesz dresiarę z bramy i ubierzesz ją w Chanel, to dalej będzie dresiarą z bramy. A dama, taka prawdziwa, będzie dalej damą w trampkach i ortalionowej kurtce. Ćwiczmy bycie taką kobietą każdego dnia, zwłaszcza kiedy jesteśmy młode i jeszcze dużo przed nami. Wtedy w swoim życiu nagle zaczniemy spotykać więcej wartościowych ludzi, przeżywać wspanialsze chwile i sięgać co raz wyżej właściwie w każdej dziedzinie życia. Nie żebym wierzyła w jakieś karmy i tym podobne rzeczy, ale nie od dzisiaj wiadomo, że każdego dnia zbieramy konsekwencje tego kim jesteśmy i co robimy. Dlatego nie sadźmy rzepy. Chyba, że będzie to rzepa kulturalna, stonowana i miła ludziom.

PS: Wszystkich fanów rzepy uspokajam, że post nie miał na celu obrazić niczyich uczuć.