Wychodzę z założenia, że najlepszy post, jakiego można napisać na blogu to taki, który po pierwsze jest zbudowany na własnym życiowym doświadczeniu autora, a po drugie może zainteresować wielu ludzi oraz, przy okazji, w jakiś sposób pomóc. A czy mamy większą potrzebującą wsparcia grupę, niż kobiety próbujące się odchudzać?
Ten post nie będzie skarbnicą złotych rad. Oczywiście, na pewno i one się pojawią, ale stwierdziłam, że istnieje paląca potrzeba wyjaśnienia pewnej podstawowej rzeczy. Mianowicie powiedzenia jasno i wyraźnie, że odchudzanie to nie jest jakiś magiczny rytuał, to nie jest rewolucja, to nie jest ścieżka cierpienia lub wręcz przeciwnie - nadmiernej ekscytacji.
Internetowe ikony procesu odchudzania i bycia fit, takie jak Ewa Chodakowska czy Anna Lewandowska na pewno zrobiły dla kobiet wiele dobrego. Po internecie krążą setki zdjęć udanych metamorfoz, a rzesza kobiet nauczyła się jeść owsianki z wyśmiewanymi z lekka jagodami goji. Moim zdaniem jednak cały ten fit szał i fit boom doprowadziły do jednej rzeczy - zaczęłyśmy się bać odchudzania w trochę inny sposób niż dotychczas.
Parę lat temu strach przed odchudzaniem polegał głównie na strachu przed chodzeniem głodnym i złym, strachu przed wyciskaniem z siebie siódmych potów na siłowniach. Przez instagramowe trenerki zostało to trochę złagodzone, na talerze trafiły piękne i smaczne zdrowe potrawy, a ćwiczenia stały się modną zabawą. Dlaczego więc mówię o tym, że dalej się boimy?
Dlatego, że teraz boimy się niedopasowania. Tego, że jeśli nie zjemy jagód goji i nie wciśniemy się w odblaskowe legginsy, to nie będziemy nigdy fit i piękne. Boimy się też, że absolutnie nie dorastamy do pięt boginiom życiowej rewolucji. Ale mało tego - my wcale tej rewolucji nie chcemy!
Teraz czas na odrobinę prywaty, żebyśmy mogły (a może i mogli) przejść dalej w rozważaniach. Całkiem niedawno był w moim życiu taki czas, około 3 lat, kiedy drastycznie i dramatycznie zaczęłam przybierać na wadze. Co gorsza, nie było to spowodowane tak oczywistymi czynnikami jak zaleganie na kanapie (tryb studiów zalegać nie pozwala) czy objadanie się czipsami i słodyczami po nocach (czipsów nie jem w ogóle, słodycze sporadycznie, a po nocach głodna nie bywam). Dużą "zasługę" miało tutaj mało wprawne leczenie hormonalne i pewnie jeszcze milion innych czynników. Tak czy siak nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy pielęgniarki z medycyny pracy, kiedy usłyszała moją oszacowaną przeze mnie masę ciała, natomiast ja minę miałam z pewnością godną zapamiętania w momencie, kiedy zrewidowano moje poglądy za pomocą pielęgniarskiej wagi (domową omijałam szerokim łukiem). Pokazywała ona niemal 30 kilogramów (!) więcej niż powinna. To był początek mojego zastanowienia się nad sobą, przez wakacje nawet kilka kilo udało się zrzucić, natomiast przełom nastąpił po wizycie u dobrej lekarki i konsultacji z dietetyczką, zaczęłam żyć inaczej... STOP. Nieprawda. Wcale nie zaczęłam "żyć inaczej". Nie odkryłam swojego lepszego ja. Nie przeprowadziłam rewolucji w swoim domu. A powiem Wam, że to takie hasła zawsze najbardziej mnie odstraszały.
Fit trenerki wołają do nas: ZMIEŃ SWOJE ŻYCIE! ODKRYJ NOWĄ SIEBIE! STAŃ SIĘ SZCZĘŚLIWA. Ja natomiast zawsze miałam z tyłu głowy nie do końca uświadomioną myśl, że hej - ja wcale nie chce zmieniać mojego życia, przecież jest całkiem fajne. Ja też jestem fajna i w dodatku wcale nie taka nieszczęśliwa. Tu chodzi tylko o to, że na zdjęciach wyglądam jak polędwica sopocka, nie mieszczę się w spodnie a do tego doszło mi kilka nowych problemów zdrowotnych. I tylko to chcę zmienić, nie całe moje życie, nie swoje wewnętrzne ja. Przyznaj, że jeśli myślisz teraz o odchudzaniu i czytasz wyżej wymienione hasła odczuwasz gdzieś na kręgosłupie lekki dreszczyk niepokoju. Dlatego ja dzisiaj mówię Ci, że nie potrzebujesz niczego drastycznego. No, chyba że naprawdę leżysz cały dzień na kanapie ciamkając muffiny, wtedy rzeczywiście musisz zmienić życie diametralnie. Natomiast w innych przypadkach do bycia zdrowszym, ładniejszym i bardziej zadowolonym z siebie człowiekiem wystarczą zmiany, które wcale nie zabolą tak jak myślisz.
Teraz coś co pewnie trochę zaboli, ale trudno. Tak, musisz się trochę ograniczyć. Tak, musisz wyrzucić z diety kilka rzeczy. Tak, musisz sie trochę poruszać. Ale to naprawdę nie wygląda tak jak na instagramie.
Teraz jednak trochę to załagodźmy. Regularność posiłków to coś co naprawdę szybko sobie wypracujesz. To kwestia max tygodnia przyzwyczajenia się. Wyrzucanie z diety niektórych produktów boli mniej jeśli na ich miejsce wskoczą inne, o których nawet byś nie pomyślała, a dobry dietetyk na pewno Ci je poleci. Jeśli coś jest dla Ciebie wskazane, a ty nie możesz absolutnie na to patrzeć, to nie jedz tego! Inaczej odchudzanie już zawsze będzie ci się kojarzyć z drogą przez mękę, Poza tym z niczym nie musisz żegnać się na zawsze. Odkąd zaczął się mój proces odchudzania (a słowo honoru, że jest efektywny, od końca września ubyło mi już co najmniej 7 kilo), nie raz zjadłam jakieś ciastko (i to takie, które nie było dietetyczne z żadnej strony), sałatki utytłane w majonezie i tak dalej. Zmieniło się jedynie to, że takie rzeczy jem teraz max. 1-2 razy w tygodniu. W dodatku dzięki temu ograniczeniu smakują zdecydowanie bardziej odświętnie. Jeśli zaś przeraża Cię wysiłek fizyczny, to też się nie bój! Nie dopasowałam całego rytmu swojego dnia do porannych przebieżek czy codziennych wizyt na siłowni. Za to wróciłam na moją kochaną zumbę i wyciśnięcie z siebie (z przyjemnością!) sporej ilości potu dwa razy w tygodniu przez godzinę wystarcza zupełnie (plus sporo chodzenia, ale zawsze "przy okazji", nigdy z myślą "no, to teraz muszę maszerować dwie godziny, eh"). Teraz może znowu się boisz, bo podskakiwanie w rytm muzyki zupełnie Ci nie leży, a w dodatku nie masz czasu. Gwarantuję, że każdy jest w stanie znaleźć dla siebie taką aktywność, która sprawi mu AUTENTYCZNĄ przyjemność. Nie na zasadzie "musi mi się to podobać, bo to jest fit i kiedyś w końcu na pewno poczuję te endorfiny". Są rzeczy, do których zapałasz miłością od początku, wystarczy dobrze poszukać.
To tyle ze złotych rad, bo jak mówiłam, nie na tym polegać miał ten post. Chcę Ci tylko powiedzieć, że jeśli boisz się zaczynać tego procesu, to takich jak Ty było, jest i będzie wiele. Wiele takich, które wcale nie chciały przeprowadzać w swoim życiu rewolucji, ale fit boom wmówił im, że to konieczne. Tym czasem odchudzanie to metoda małych kroków. Jeśli rozpoczniesz te zmiany w prawidłowy sposób i to najlepiej pod okiem kogoś, kto naprawdę się na tym zna, to nie będzie żadnej rewolucji. Będą efekty, które "pojawią się same", a Ty nie odczujesz żadnych bolesnych zmian. To mogę obiecać.
A jeśli dalej wątpisz, to powiem Ci, że nigdy w życiu nie miałam w ustach jagód goji. Natomiast wczoraj zjadłam kanapkę z żółtym serem. I poszłam walczyć dalej.
sobota, 21 listopada 2015
sobota, 27 czerwca 2015
Dlaczego powinieneś pojechać na konwent
Ten post moja geekowsko-fantaszcza strona kieruje przede wszystkim do osób, które a) nigdy nie były na konwencie fantasy i kultury popularnej, chociaż od dawna to rozważają lub b) nawet nie wiedzą co to znaczy. Mowa będzie więc właśnie o konwentach, czyli największym święcie większości fantastów i innych pozytywnie zakręconych ludzi.
Kolejnym powodem, dla którego poczujesz się jak w raju jest fakt, że konwenty to prawdziwe supermarkety dla miłośników tematyki. Zacznij oszczędzać już parę miesięcy wcześniej, bo inaczej czekać Cię będzie sporo dylematów i wyrzeczeń. Znowu, co logiczne, im większy konwent tym bardziej prawdziwe jest to stwierdzenie. Książki, gry, planszówki - jasne. Ubrania, biżuteria, akcesoria - do wyboru do koloru. Plakaty, gadżety, zastawa stołowa - nie ma sprawy. Proponuję zawczasu wynająć taczkę.
Jakąś moją manią jest uprzedzanie w każdym poście, z jakiej perspektywy rozpisuję się na dany temat. Więc także i tutaj: piszę z perspektywy uczestnika niezbyt aktywnego, ale bardzo entuzjastycznego. Chociaż mój dorobek konwentowy nie jest duży (kilka konwentów w moim rodzinnym mieście i jeden poza), to jednak liznęłam ich wystarczająco dużo by wiedzieć co jest grane.
Dlaczego więc powinieneś pojechać na konwent?
Wszystko czego szukasz godzinami w internecie i książkach jest nagle w jednym miejscu. Okej, może dotyczy to głównie dużych konwentów, ale taka jest ogólna prawda. Na konwenty przyjeżdża mnóstwo ludzi - prelegentów, autorów, wystawców, ludzi pasjonujących się daną tematyką, uprawiających różne dziedziny sztuki i nauki, a ty możesz dowolnie czerpać z tego, co ze sobą przywożą. Nie mówię tylko o rzeczach materialnych, ale także o wiedzy, czy pasji którą mogą Cię zarazić. I zazwyczaj nie obowiązuje was bariera ty - klient/odbiorca, oni sprzedawcy/artyści/nauczyciele. Nie, tutaj każdy jest dla każdego, bez sztucznie tworzonych hierarchii
Tak płynnie przechodzimy do następnego punktu czyli ludzi i atmosfery. Często spotyka się stwierdzenie "przyjedź na konwent a poznasz nowych przyjaciół". Na pewno wielu faktycznie takich zyskało, ale w rzeczywistości nie jest to reguła. Jeśli jesteś osobą otwartą, jasne, go for it, jest mnóstwo osób z którymi znajdziesz wspólny język. Natomiast jeśli lepiej czujesz się w swoim zaufanym gronie - także nie ma sprawy, mi najlepiej konwenty spędza się w towarzystwie przyjaciół, zwłaszcza jeżeli interesujemy się podobną tematyką. Nie zależnie jednak od tego, czy chcesz poznać nowe osoby czy spędzić czas ze znajomymi prawda jest jedna - na konwentach zawsze panuje luźna, przyjacielska atmosfera, która ładuje emocjonalne akumulatory na wiele dni. Rzadko spotyka się tak wielu pozytywnie nastawionych do świata ludzi w jednym miejscu
Rozwijając kolejny wątek z punktu pierwszego - konwenty to skarbnica wiedzy, ciekawostek i rozwijających dyskusji. Ja właśnie jestem typem "prelekcyjnym" konwentowicza - gdy tylko wychodzi program, rzucam się na niego z notesem i markerem zaznaczając interesujące mnie spotkania. Ich gama jest zawsze bardzo szeroka (chociaż oczywiście zależy to od profilu konwentu) - od klasycznych motywów w fantastyce, przez ciekawe aspekty historii, po naukowe podstawy możliwości życia pozaziemskiego - naprawdę jest w czym wybierać. Polecam robić notatki! Do tej pory chowam swoje z prelekcji o ukrywaniu zwłok czy też pogadanki o absyncie. W kuluarach zaś, niczym na konferencji naukowej, odbywają się dyskusje na temat budowy anatomicznej i fizjologii smoków, która pozwala im ziać ogniem. Na warsztatach zaś nauczysz się tańców irlandzkich, kaligrafii lub władania kataną. Poznawczy zawrót głowy gwarantowany!
Dodatkowego smaku każdemu konwentowi dodają nieodłączni cosplayerzy - najbarwniejsze dzieci fantastycznego świata. Stroje zaspokajają zarówno potrzeby estetyczne, jak i pozwalają bardziej "fizycznie" spotkać bohaterów, których przygody przeżywamy na ekranach lub stronicach. A jeśli powiem Ci, że to zabawa dla każdego, kto dysponuje wyobraźnią (no i może odrobiną zasobów materialnych)? Ty także możesz przechadzać się wśród ludzi jako obrońca uciśnionych lub najpodlejszy z czarnych charakterów. Nie musisz jednak koniecznie wcielać się w konkretną postać - zasada jest bowiem jedna: im dziwniej wyglądasz i swobodniej się z tym czujesz, tym bardziej będziesz pasował do całego tego zamieszania.
Konwenty to także pole do działania dla innych artystów, nie tylko cosplayerów. Spotkać możesz krawców, wytwórców biżuterii, grafików, ludzi malujących figurki, a na większych konwentach nawet zespoły muzyczne lub cyrkowe. Zaliczę także do tej kategorii odtwórstwo historyczne obejmujące bardzo wiele epok, jego miłośnicy często stanowią jedną z konwentowych atrakcji.
Zawsze dużą atrakcją jest możliwość spotkania swoich ulubionych autorów i innych twórców, którzy schodzą z okładek książek i okazują się być zupełnie normalnymi, arcyciekawymi ludźmi, z którymi można pogadać, zadać pytania, cyknąć sobie fotkę czy nawet strzelić kawkę z automatu. Poza tym, w czasie spotkań autorskich często padają wzmianki o kolejnych planowanych dziełach lub wyjaśnienia dotyczące poprzednich, dlatego zawsze warto zaczaić się na swojego ulubieńca i odkryć część jego tajemnic.
Cudowną sprawą jest to, że takie imprezy są absolutnie dla każdego. Niezależnie od wieku, płci, czy zasobności konta. Często spotkać można atrakcje dla najmłodszych, a i górna granica wieku może Cię zaskoczyć. Oczywiście, w głównej mierze bywalców konwentów stanowią ludzie młodzi. Jednak większość 'konów' otwarta jest dla każdego zainteresowanego
Sama nie wiem czemu, ale konwent to zawsze kupa śmiechu i dobrej zabawy. Bycie fantastą czy 'geekiem' zaskakująco często łączy się z inteligentnym poczuciem humoru, czego doświadczyć można zarówno w czasie prelekcji i rozmów, jak i zupełnie spontanicznych zaskakujących akcji uskutecznianych przez innych uczestników. Jeśli narzekasz na niedobór endorfin, to na pewno naładujesz się na konwencie. Poza tym, sam fakt, że przez dzień lub kilka przebywać będziesz w tak niezwykłym świecie, dobrze wpłynie na Twój nastrój. A potem będziesz cierpiał na syndrom odstawienia.
piątek, 26 czerwca 2015
Za co pokochaliśmy trzecią odsłonę "Wiedźmina"
Zgodnie ze wszystkimi znakami na niebie i ziemi, najnowsza produkcja CD Projekt Red zrobiła w świecie kolosalną karierę. Nie wiem, czy "Wiedźmina" można porównać do jakiegokolwiek polskiego produktu eksportowego - nawet jeśli kiedyś wysłaliśmy coś w świat w takiej ilości, to na pewno nie powstał wokół tego taki szum. A co dopiero na naszej polskiej ziemi, gdzie tysiące osób darzą Geralta wielkim sentymentem oraz generalnie "czują klimat". Jeśli więc chciałbyś się dowiedzieć, czemu "Dziki Gon" zrobił tak oszałamiającą karierę, i jakie czynniki zdecydowały o jego popularności, ten post jest właśnie dla Ciebie. Rozłożę bowiem na części składowe wszystkie ochy i achy
Post powstał w wyniku konsultacji społecznych, jakie przeprowadziłam na jednym z międzynarodowych forów, tak więc przedstawione w nim opinie nie są jedynie moimi własnymi. Chociaż zasadniczo się z nimi zgadzam ;)
Zacznijmy od tego, że grając w trzecią odsłonę "Wiedźmina" otrzymujesz wielki, dynamiczny świat, na który masz realny wpływ - jeśli dobrze liczę, dostaliśmy do zwiedzenia 5 lokacji, z czego 3 zadziwiają swoim ogromem (Novigrad i Velen policzyłam jako jedną, nie bijcie puryści!) i co ważne, nie sprawiają one wrażenia robionych za pomocą stempla. Świat "Wiedźmina" żyje, a nawet tętni życiem. Na mnie największe wrażenie zrobiła lokacja miejska, to jest Novigrad - tak pięknego miasta nie widziałam chyba w żadnej grze. Miasta żyjącego według dobowego rytmu (co nie oznacza jedynie tego, że NPC znikają nocą w chałupach), pełnego domów, gospód, zakładów rzemieślniczych, szemranych zaułków, zróżnicowanego według dzielnic i bogatego w najróżniejsze postacie. Oczywiście ogromne wrażenie robi też natura Temerii, a screeny krajobrazów przypominają najlepsze widokówki. Jeśli dodamy do tego fakt, że jako gracze mamy częściowy wpływ na jego kształtowanie, to otrzymujemy erpegowy świat idealny.
Rozbudowane questy, tworzone "z miłością" to punkt numer dwa. Tworzenie 1586 questów opartych na czterech schematach jest dosyć powszechną praktyką twórców najnowszych RPG, co widać chociażby na przykładzie Dragon Age: Inquisition (pokochałam Inkwizycję całym serduszkiem, ale pod koniec można już było dostać kociokwiku na widok kolejnej identycznej szczeliny bronionej przez identyczne demony. litości!). Redzi podeszli zaś do tematu profesjonalnie i nie dość, że każdy quest jest dopracowany i przyjemny, to jeszcze bogaty w często "niepotrzebne" szczegóły, które dodają smaku całości. Twórcy mieli dla swojego dzieła dużo dużo serca i profesjonalizmu, co widać i czuć za każdym razem. A przecież wydawać by się mogło, że odklepywanie wiedźmińskich zleceń jest idealną bazą pod takie questowe kopiuj-wklej. Tym czasem nawet wiedźmińska praca zarobkowa jest dopieszczona w każdym szczególe. Jak to mówią, nic dwa razy się nie zdarza!
Do tego można się było spodziewać, że twórcy będą chcieli wybrać: albo rozbudowany świat i ciekawe wątki, albo długość rozgrywki. Tym czasem otrzymaliśmy maksymalnie wykorzystane setki godzin zabawy.
Kontynuując nieco wątek z poprzedniego akapitu, zachwyt budzi też dbałość o szczegóły - w "Dzikim Gonie" naprawdę trudno znaleźć coś zrobionego na odwal. Omówiłam to już na przykładzie questów, ale przecież nie tylko one składają się na grę. Dostaliśmy dopieszczone architektonicznie miasta, wsie i pałace. Spotykamy postacie o unikalnym charakterze, historii czy nawet sposobie wysławiania się. Wzruszamy się nie tylko głównym wątkiem, ale i wieloma pobocznymi. Nie zwiedzamy 24 identycznych ruin, a bardzo zróżnicowane lokacje. Przestrzeń jest przemyślana i dobrze zagospodarowana. Rozwalamy naszą łódkę o skały. Wiedźminowi rośnie broda. Amen.
Coś, co bardzo cieszy w "Dzikim Gonie" to koniec z czarno-białymi postaciami i bohaterem ratującym świat (chociaż oczywiście już poprzednie części zmierzały w tym kierunku bardzo wyraźnie). Można powiedzieć, że większość twórców gier dąży teraz do pogłębienia rysu charakterologicznego bohaterów oraz zatarcia klasycznego podziału na dobrych i złych, naszych i tamtych. W trzeciej odsłonie "Wiedźmina" wyszło to bardzo naturalnie i prawdziwie. Sztandarową postacią jest na przykład Krwawy Baron - nie spoilerując jest to postać na tyle złożona, że długo po przejściu jego wątku nie jestem w stanie ustosunkować się do jego historii. Podobnie jest z resztą z większością bohaterów, mają bowiem, jak realne osoby, zarówno dobre jak i paskudne cechy charakteru, a prowadzenie ich wątków czy nawet dialogów bywa czasem trudne i pełne dylematów (co twórcy jeszcze utrudnili zmuszając nas od czasu do czasu do dokonywania szybkich wyborów w konwersacjach - czyż nie kolejny "życiowy" element?). Sam Geralt zaś nie jest w tej odsłonie tak bardzo uwikłany w politykę, oraz, jak wiadomo, nie jest smoczym dziecięciem, naznaczonym inkwizytorem lub kimś podobnym. Przeżywa bardzo osobistą historię, a to jak szerokie kręgi ona zatoczy często zależy od naszych wyborów.
Nie jest też żadną tajemnicą, że gry tego pokroju nie udałoby się stworzyć, gdyby nie bardzo solidne podwaliny, jakie dały książki Andrzeja Sapkowskiego. Chociaż ich czytelnicy dzielą się zasadniczo na bardzo zachwyconych oraz bardzo rozczarowanych, to jednak obstawiam, ze tych pierwszych jest dużo więcej. Co ważniejsze, rośnie liczba osób poza granicami naszego kraju, która pod wpływem gry lub samego hype'u sięgnęła po tłumaczenia prozy Sapkowskiego.
Konsekwencje tego, że gra jest silnie osadzona w świecie znanym z literatury są dwie. Po pierwsze, w sposób zupełnie naturalny czytelnicy sięgają po gry jako kontynuacje znanych wątków (bo tym też produkcje Redów zaiste są). I zazwyczaj nie są zawiedzeni. W odróżnieniu od znanej wszystkim próby ekranizacji, gra solidnie trzyma się świata wykreowanego na kartach powieści oraz opowiadań. Nie odstaje, oczywiście, w żaden sposób jakością (o ile jakość książek i gier można w ogóle porównywać). I tutaj przechodzimy do drugiej konsekwencji, mianowicie twórcy mieli przed sobą gotowy, rozbudowany świat i bogactwo postaci z których mogli dowolnie czerpać. Dodatkowo wycisnęli też co tylko się da z polskiego/słowiańskiego folkloru, a także z historii, wiary czy sztuki innych kręgów kulturowych. Spletli to wszystko razem w jedno solidne lore. Bez literackiej podstawy być może chwiałoby się ono w posadach.
Kolejny element, to jest wszechobecny humor - właściwie jest to rzecz obecnie dosyć często spotykana w grach i pewnie nie ma w tym nic niezwykłego, ale po raz kolejny potwierdza się moja życiowa hipoteza - nic bardziej nie przyciąga ludzi niż konkretna dawka się śmiania. Zaskakujące dialogi, zbudowane naokoło żartów questy czy zabawne sceny ubarwiają grę, nie odejmując jej nic z "epickości", a jedynie jeszcze bardziej ją urealniają.
Związane bezpośrednio z humorem są też easter eggi, a raczej ich ogrom - chociaż wiele z nich jest do rozpoznania dla przeciętnego gracza obczajonego w miarę w popkulturze, to trzeba przyznać, że polscy gracze dostali tutaj kilka naprawdę wyjątkowych prezentów. Zacznę jednak może od tych możliwych do skojarzenia przez dowolnego gracza siadającego przed ekranem. W grze znajdziemy odniesienia do takich klasyków jak "Hobbit", "Gwiezdne Wojny" czy "Monthy Pyton i Święty Graal". Mamy też prztyczki w stronę "Zmierzchu" czy "50 twarzy Greya". Każdy na pewno łatwo odnajdzie nawiązania do popularnych baśni - Królewny Śnieżki, Jasia i Małgosi czy Szczurołapa. Novigradzkie prostytutki cytują Madonnę, a na ponurym cmentarzu wpadamy na weeping angels znane miłośnikom Doktora Who.
Jak już wspomniałam, polscy fani dostali jeszcze więcej - przeniesione w przestrzeń wirtualną "Dziady" czy stojący sobie w novigradzkim porcie, jak gdyby nigdy nic, gdański Żuraw. Klasyki polskiej piosenki są podśpiewywane pod nosem przez NPC. Sabat ma miejsce na - jakżeby inaczej - Łysej Górze. Nie tylko wprowadza to do gry ogromną dawkę humoru, ale także motywuje do odkrywania każdego zakątka i wyłapywania najdrobniejszych smaczków. Cierpliwi poszukiwacze zostaną nagrodzeni. Dla tych bardziej leniwych lub mniej spostrzegawczych: lwia część easter eggów na wiedźmińskiej wiki [ENG]
Dużo robi też przyjacielski stosunek twórców do odbiorców. CD Projekt Red z sympatią odnosi się do wielkiej społeczności ukształtowanej dookoła ich gier. Oczywiście dużo mówi się o mnóstwie wydanych darmowych DLC, jednak wydaje mi się, że ta nić sympatii to szersza kwestia. Nigdy nie miałam wrażenia, że Redzi postawili się w pozycji bóstw zsyłających łaski prostemu ludowi. To raczej relacja na zasadzie "Cześć. Cieszymy się, że jesteście i że przeżywacie przygodę, którą dla was przygotowaliśmy, a za wasze zainteresowanie jesteśmy naprawdę wdzięczni". I chociaż głośno było też o opóźnieniach daty wydania, to widząc efekt końcowy chyba nikt nie dziwi się, że takie dopieszczenie mogło zabrać więcej czasu niż ktokolwiek się spodziewał.
Sama pisząc ten post stwierdzam, że brzmi jak opłacane darmowymi próbkami peany blogerek urodowych na temat nowej maseczki z wodorostu. Jednak w odróżnieniu od wodorostów, w Dzikim Gonie naprawdę trudno doszukać się większych wad. Zdarzają się wpadki takie jak wszędzie - glitche, bugi uniemożliwiające kontynuacje wątków, błędy graficzne. Biorąc jednak pod uwagę ogrom świata, trzeba to po prostu zrzucić na karb statystyki. W "Wiedźmina" gra się świetnie, historię przeżywa się osobiście, a świat staje się niemal tak znajomy i bliski jak ten realny. A chyba właśnie tego oczekujemy od gier
Post powstał w wyniku konsultacji społecznych, jakie przeprowadziłam na jednym z międzynarodowych forów, tak więc przedstawione w nim opinie nie są jedynie moimi własnymi. Chociaż zasadniczo się z nimi zgadzam ;)
Zacznijmy od tego, że grając w trzecią odsłonę "Wiedźmina" otrzymujesz wielki, dynamiczny świat, na który masz realny wpływ - jeśli dobrze liczę, dostaliśmy do zwiedzenia 5 lokacji, z czego 3 zadziwiają swoim ogromem (Novigrad i Velen policzyłam jako jedną, nie bijcie puryści!) i co ważne, nie sprawiają one wrażenia robionych za pomocą stempla. Świat "Wiedźmina" żyje, a nawet tętni życiem. Na mnie największe wrażenie zrobiła lokacja miejska, to jest Novigrad - tak pięknego miasta nie widziałam chyba w żadnej grze. Miasta żyjącego według dobowego rytmu (co nie oznacza jedynie tego, że NPC znikają nocą w chałupach), pełnego domów, gospód, zakładów rzemieślniczych, szemranych zaułków, zróżnicowanego według dzielnic i bogatego w najróżniejsze postacie. Oczywiście ogromne wrażenie robi też natura Temerii, a screeny krajobrazów przypominają najlepsze widokówki. Jeśli dodamy do tego fakt, że jako gracze mamy częściowy wpływ na jego kształtowanie, to otrzymujemy erpegowy świat idealny.
![]() |
| Panorama Novigradu |
Rozbudowane questy, tworzone "z miłością" to punkt numer dwa. Tworzenie 1586 questów opartych na czterech schematach jest dosyć powszechną praktyką twórców najnowszych RPG, co widać chociażby na przykładzie Dragon Age: Inquisition (pokochałam Inkwizycję całym serduszkiem, ale pod koniec można już było dostać kociokwiku na widok kolejnej identycznej szczeliny bronionej przez identyczne demony. litości!). Redzi podeszli zaś do tematu profesjonalnie i nie dość, że każdy quest jest dopracowany i przyjemny, to jeszcze bogaty w często "niepotrzebne" szczegóły, które dodają smaku całości. Twórcy mieli dla swojego dzieła dużo dużo serca i profesjonalizmu, co widać i czuć za każdym razem. A przecież wydawać by się mogło, że odklepywanie wiedźmińskich zleceń jest idealną bazą pod takie questowe kopiuj-wklej. Tym czasem nawet wiedźmińska praca zarobkowa jest dopieszczona w każdym szczególe. Jak to mówią, nic dwa razy się nie zdarza!
Do tego można się było spodziewać, że twórcy będą chcieli wybrać: albo rozbudowany świat i ciekawe wątki, albo długość rozgrywki. Tym czasem otrzymaliśmy maksymalnie wykorzystane setki godzin zabawy.
Kontynuując nieco wątek z poprzedniego akapitu, zachwyt budzi też dbałość o szczegóły - w "Dzikim Gonie" naprawdę trudno znaleźć coś zrobionego na odwal. Omówiłam to już na przykładzie questów, ale przecież nie tylko one składają się na grę. Dostaliśmy dopieszczone architektonicznie miasta, wsie i pałace. Spotykamy postacie o unikalnym charakterze, historii czy nawet sposobie wysławiania się. Wzruszamy się nie tylko głównym wątkiem, ale i wieloma pobocznymi. Nie zwiedzamy 24 identycznych ruin, a bardzo zróżnicowane lokacje. Przestrzeń jest przemyślana i dobrze zagospodarowana. Rozwalamy naszą łódkę o skały. Wiedźminowi rośnie broda. Amen.
Coś, co bardzo cieszy w "Dzikim Gonie" to koniec z czarno-białymi postaciami i bohaterem ratującym świat (chociaż oczywiście już poprzednie części zmierzały w tym kierunku bardzo wyraźnie). Można powiedzieć, że większość twórców gier dąży teraz do pogłębienia rysu charakterologicznego bohaterów oraz zatarcia klasycznego podziału na dobrych i złych, naszych i tamtych. W trzeciej odsłonie "Wiedźmina" wyszło to bardzo naturalnie i prawdziwie. Sztandarową postacią jest na przykład Krwawy Baron - nie spoilerując jest to postać na tyle złożona, że długo po przejściu jego wątku nie jestem w stanie ustosunkować się do jego historii. Podobnie jest z resztą z większością bohaterów, mają bowiem, jak realne osoby, zarówno dobre jak i paskudne cechy charakteru, a prowadzenie ich wątków czy nawet dialogów bywa czasem trudne i pełne dylematów (co twórcy jeszcze utrudnili zmuszając nas od czasu do czasu do dokonywania szybkich wyborów w konwersacjach - czyż nie kolejny "życiowy" element?). Sam Geralt zaś nie jest w tej odsłonie tak bardzo uwikłany w politykę, oraz, jak wiadomo, nie jest smoczym dziecięciem, naznaczonym inkwizytorem lub kimś podobnym. Przeżywa bardzo osobistą historię, a to jak szerokie kręgi ona zatoczy często zależy od naszych wyborów.
![]() |
| Geralt i Ciri, czyli grywalni bohaterowie "Dzikiego gonu" |
Nie jest też żadną tajemnicą, że gry tego pokroju nie udałoby się stworzyć, gdyby nie bardzo solidne podwaliny, jakie dały książki Andrzeja Sapkowskiego. Chociaż ich czytelnicy dzielą się zasadniczo na bardzo zachwyconych oraz bardzo rozczarowanych, to jednak obstawiam, ze tych pierwszych jest dużo więcej. Co ważniejsze, rośnie liczba osób poza granicami naszego kraju, która pod wpływem gry lub samego hype'u sięgnęła po tłumaczenia prozy Sapkowskiego.
Konsekwencje tego, że gra jest silnie osadzona w świecie znanym z literatury są dwie. Po pierwsze, w sposób zupełnie naturalny czytelnicy sięgają po gry jako kontynuacje znanych wątków (bo tym też produkcje Redów zaiste są). I zazwyczaj nie są zawiedzeni. W odróżnieniu od znanej wszystkim próby ekranizacji, gra solidnie trzyma się świata wykreowanego na kartach powieści oraz opowiadań. Nie odstaje, oczywiście, w żaden sposób jakością (o ile jakość książek i gier można w ogóle porównywać). I tutaj przechodzimy do drugiej konsekwencji, mianowicie twórcy mieli przed sobą gotowy, rozbudowany świat i bogactwo postaci z których mogli dowolnie czerpać. Dodatkowo wycisnęli też co tylko się da z polskiego/słowiańskiego folkloru, a także z historii, wiary czy sztuki innych kręgów kulturowych. Spletli to wszystko razem w jedno solidne lore. Bez literackiej podstawy być może chwiałoby się ono w posadach.
Kolejny element, to jest wszechobecny humor - właściwie jest to rzecz obecnie dosyć często spotykana w grach i pewnie nie ma w tym nic niezwykłego, ale po raz kolejny potwierdza się moja życiowa hipoteza - nic bardziej nie przyciąga ludzi niż konkretna dawka się śmiania. Zaskakujące dialogi, zbudowane naokoło żartów questy czy zabawne sceny ubarwiają grę, nie odejmując jej nic z "epickości", a jedynie jeszcze bardziej ją urealniają.
Związane bezpośrednio z humorem są też easter eggi, a raczej ich ogrom - chociaż wiele z nich jest do rozpoznania dla przeciętnego gracza obczajonego w miarę w popkulturze, to trzeba przyznać, że polscy gracze dostali tutaj kilka naprawdę wyjątkowych prezentów. Zacznę jednak może od tych możliwych do skojarzenia przez dowolnego gracza siadającego przed ekranem. W grze znajdziemy odniesienia do takich klasyków jak "Hobbit", "Gwiezdne Wojny" czy "Monthy Pyton i Święty Graal". Mamy też prztyczki w stronę "Zmierzchu" czy "50 twarzy Greya". Każdy na pewno łatwo odnajdzie nawiązania do popularnych baśni - Królewny Śnieżki, Jasia i Małgosi czy Szczurołapa. Novigradzkie prostytutki cytują Madonnę, a na ponurym cmentarzu wpadamy na weeping angels znane miłośnikom Doktora Who.
Jak już wspomniałam, polscy fani dostali jeszcze więcej - przeniesione w przestrzeń wirtualną "Dziady" czy stojący sobie w novigradzkim porcie, jak gdyby nigdy nic, gdański Żuraw. Klasyki polskiej piosenki są podśpiewywane pod nosem przez NPC. Sabat ma miejsce na - jakżeby inaczej - Łysej Górze. Nie tylko wprowadza to do gry ogromną dawkę humoru, ale także motywuje do odkrywania każdego zakątka i wyłapywania najdrobniejszych smaczków. Cierpliwi poszukiwacze zostaną nagrodzeni. Dla tych bardziej leniwych lub mniej spostrzegawczych: lwia część easter eggów na wiedźmińskiej wiki [ENG]
![]() |
| Widok na wiedźmińską twierdzę Kaer Morhen |
Dużo robi też przyjacielski stosunek twórców do odbiorców. CD Projekt Red z sympatią odnosi się do wielkiej społeczności ukształtowanej dookoła ich gier. Oczywiście dużo mówi się o mnóstwie wydanych darmowych DLC, jednak wydaje mi się, że ta nić sympatii to szersza kwestia. Nigdy nie miałam wrażenia, że Redzi postawili się w pozycji bóstw zsyłających łaski prostemu ludowi. To raczej relacja na zasadzie "Cześć. Cieszymy się, że jesteście i że przeżywacie przygodę, którą dla was przygotowaliśmy, a za wasze zainteresowanie jesteśmy naprawdę wdzięczni". I chociaż głośno było też o opóźnieniach daty wydania, to widząc efekt końcowy chyba nikt nie dziwi się, że takie dopieszczenie mogło zabrać więcej czasu niż ktokolwiek się spodziewał.
Sama pisząc ten post stwierdzam, że brzmi jak opłacane darmowymi próbkami peany blogerek urodowych na temat nowej maseczki z wodorostu. Jednak w odróżnieniu od wodorostów, w Dzikim Gonie naprawdę trudno doszukać się większych wad. Zdarzają się wpadki takie jak wszędzie - glitche, bugi uniemożliwiające kontynuacje wątków, błędy graficzne. Biorąc jednak pod uwagę ogrom świata, trzeba to po prostu zrzucić na karb statystyki. W "Wiedźmina" gra się świetnie, historię przeżywa się osobiście, a świat staje się niemal tak znajomy i bliski jak ten realny. A chyba właśnie tego oczekujemy od gier
czwartek, 25 czerwca 2015
Nie bądź rzepą.
Zastanawiam się, dlaczego my kobiety na początku XXI wieku doznałyśmy zbiorowego rozdwojenia jaźni. Jest to fenomen naukowy, którego zbadaniem powinni się zająć specjaliści (kto wie, może nawet już się zajmują) Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której jednocześnie domagasz się szacunku, a z drugiej strony nie masz go sama dla siebie?
Nie jestem wojującą feministką, ani w sumie w ogóle żadną feministką. Uważam, że każdy ma swoją rolę w świecie, a także wynikające z niej "pros and cons". I chociaż daleka jestem od powsadzania nas z powrotem w gorsety i zamknięcia w czterech ścianach, to chciałam w tym momencie poprosić: kobiety, pamiętajcie że jesteście kobietami. Że wulgarność, chcąc nie chcąc (sorry feministki!), jest u nas bardziej rażąca, niż u szorstkiej męskiej płci. Że bycia damą nie dostaje się raz na zawsze, a bycie traktowaną poważnie i z szacunkiem, to mimo wszystko coś, na co trzeba sobie zasłużyć.
Zastanawiam się dlaczego codziennie widzę setki takich dziewczyn. Dziewczyn, które hopsają radośnie do piosenek Braci Figo Fagot "bo to takie śmieszne" i podśpiewują o świniach zabieranych do wuce, a potem dziwią się, że znajdują się osobnicy, którzy właśnie jak takie "świnie" je potraktują. Dlaczego jadą komunikacją miejską i klną na cały regulator, ale dla swojego mężczyzny chcą być tylko "skarbeczkiem" i "księżniczką". Dlaczego marzą o świetlanej przyszłości, zataczając się chodnikiem w centrum miasta. Dlaczego (nawet jeśli anonimowo) wrzucają zdjęcia swoich biustów i pośladków w czeluście internetu, jednocześnie zarzekając się, że robią to by pokazać wszystkim jakie są pewne siebie i wspaniałe. Dlaczego szukają miłości w ramionach wulgarnych, agresywnych synów patologii, kiedy marzą o książętach z bajek.
Kto sieje wiatr, ten zbiera burze. To tak jakby hodowało się rzepę i dziwiło się, że nie będzie winobrania. Tak, naprawdę jest to tak samo absurdalne.
Nie piszę tego postu z perspektywy dystyngowanej szlachcianki. Do bycia damą pewnie dużo mi brakuje. Ale pamiętajmy, że nie oznacza to chodzenia w długich sukniach i brylantowych kolczykach, posiadania kapelusza na każdą okazję, ani bycia oschłą i zimną arystokratką. Bycie damą to traktowanie samej siebie i innych tak jak samemu chciałoby się być traktowanym. Pokazywanie światu, że znasz swoją wartość (a nie koniecznie wartość swoich pośladków). Uśmiech, odwaga i kultura.
Wulgarność naprawdę potrafi być wypisana na twarzy. W gestach. W sposobie bycia. Jeśli zgarniesz dresiarę z bramy i ubierzesz ją w Chanel, to dalej będzie dresiarą z bramy. A dama, taka prawdziwa, będzie dalej damą w trampkach i ortalionowej kurtce. Ćwiczmy bycie taką kobietą każdego dnia, zwłaszcza kiedy jesteśmy młode i jeszcze dużo przed nami. Wtedy w swoim życiu nagle zaczniemy spotykać więcej wartościowych ludzi, przeżywać wspanialsze chwile i sięgać co raz wyżej właściwie w każdej dziedzinie życia. Nie żebym wierzyła w jakieś karmy i tym podobne rzeczy, ale nie od dzisiaj wiadomo, że każdego dnia zbieramy konsekwencje tego kim jesteśmy i co robimy. Dlatego nie sadźmy rzepy. Chyba, że będzie to rzepa kulturalna, stonowana i miła ludziom.
PS: Wszystkich fanów rzepy uspokajam, że post nie miał na celu obrazić niczyich uczuć.
Nie jestem wojującą feministką, ani w sumie w ogóle żadną feministką. Uważam, że każdy ma swoją rolę w świecie, a także wynikające z niej "pros and cons". I chociaż daleka jestem od powsadzania nas z powrotem w gorsety i zamknięcia w czterech ścianach, to chciałam w tym momencie poprosić: kobiety, pamiętajcie że jesteście kobietami. Że wulgarność, chcąc nie chcąc (sorry feministki!), jest u nas bardziej rażąca, niż u szorstkiej męskiej płci. Że bycia damą nie dostaje się raz na zawsze, a bycie traktowaną poważnie i z szacunkiem, to mimo wszystko coś, na co trzeba sobie zasłużyć.
Zastanawiam się dlaczego codziennie widzę setki takich dziewczyn. Dziewczyn, które hopsają radośnie do piosenek Braci Figo Fagot "bo to takie śmieszne" i podśpiewują o świniach zabieranych do wuce, a potem dziwią się, że znajdują się osobnicy, którzy właśnie jak takie "świnie" je potraktują. Dlaczego jadą komunikacją miejską i klną na cały regulator, ale dla swojego mężczyzny chcą być tylko "skarbeczkiem" i "księżniczką". Dlaczego marzą o świetlanej przyszłości, zataczając się chodnikiem w centrum miasta. Dlaczego (nawet jeśli anonimowo) wrzucają zdjęcia swoich biustów i pośladków w czeluście internetu, jednocześnie zarzekając się, że robią to by pokazać wszystkim jakie są pewne siebie i wspaniałe. Dlaczego szukają miłości w ramionach wulgarnych, agresywnych synów patologii, kiedy marzą o książętach z bajek.
Kto sieje wiatr, ten zbiera burze. To tak jakby hodowało się rzepę i dziwiło się, że nie będzie winobrania. Tak, naprawdę jest to tak samo absurdalne.
Nie piszę tego postu z perspektywy dystyngowanej szlachcianki. Do bycia damą pewnie dużo mi brakuje. Ale pamiętajmy, że nie oznacza to chodzenia w długich sukniach i brylantowych kolczykach, posiadania kapelusza na każdą okazję, ani bycia oschłą i zimną arystokratką. Bycie damą to traktowanie samej siebie i innych tak jak samemu chciałoby się być traktowanym. Pokazywanie światu, że znasz swoją wartość (a nie koniecznie wartość swoich pośladków). Uśmiech, odwaga i kultura.
Wulgarność naprawdę potrafi być wypisana na twarzy. W gestach. W sposobie bycia. Jeśli zgarniesz dresiarę z bramy i ubierzesz ją w Chanel, to dalej będzie dresiarą z bramy. A dama, taka prawdziwa, będzie dalej damą w trampkach i ortalionowej kurtce. Ćwiczmy bycie taką kobietą każdego dnia, zwłaszcza kiedy jesteśmy młode i jeszcze dużo przed nami. Wtedy w swoim życiu nagle zaczniemy spotykać więcej wartościowych ludzi, przeżywać wspanialsze chwile i sięgać co raz wyżej właściwie w każdej dziedzinie życia. Nie żebym wierzyła w jakieś karmy i tym podobne rzeczy, ale nie od dzisiaj wiadomo, że każdego dnia zbieramy konsekwencje tego kim jesteśmy i co robimy. Dlatego nie sadźmy rzepy. Chyba, że będzie to rzepa kulturalna, stonowana i miła ludziom.
PS: Wszystkich fanów rzepy uspokajam, że post nie miał na celu obrazić niczyich uczuć.
wtorek, 6 stycznia 2015
Dlaczego dziewczyny grają w gry?
Już dawno opracowałam teorię, według której "gejmer gerl" przestaje się być w momencie, kiedy samemu się tak nazwie. Dlatego też postaram się tego w tym momencie uniknąć. Natomiast otwarcie mówie, że jestem owszem z tego rodzaju, który w gry gra i znajduje w tym prawdziwą przyjemność. A że jestem jedną z wielu, to odpowiadam dzisiaj na pytanie: Dlaczego dziewczyny grają w gry? Dla ubarwienia w trakcie przewijać się będą piękne i ciekawe kobiece postaci z branży wirtualnej.
1. Bo faceci - miejmy za sobą ten punkt, który od razu pewnie wielu osobom przychodzi do głowy. Tak, gry do świetny sposób na podryw, chociaż oczywiście dotyczy tylko pewnej grupy potencjalnych celów. I nawet nie śmieje się w tym momencie tak bardzo, bo ten sposób na upolowanie miłości życia wciąż uważam za bardziej szlachetny niż świecenie tyłkiem w klubach. Każdy ma swój target i jest wiele babeczek takich jak i ja, które swojego księcia z bajki wolą spotkać przy wspólnym ekspieniu niż w tańcu obmacywańcu. Liczy się jednak podejście. Prawdziwego szacuna u gracza nie zdobędzie ta, która na pamięć wyuczyła się 50 losowych bohaterów Lig of Ledżends, albo zrobiła zobie zdjęcie ciamkając pada. Bycie graczem udawanym to zło. Poza tym trzeba pamiętać na wirtualnych polach bitew spotkać można miłość życia jak i zwyczajną świnie. Jak wszędzie, jak w życiu. Ale próbować można.
2. Bo każda z nas chce przeżyć przygodę - jest to poniekąd myśl zaczerpnięta z książki "Urzekająca" (nieodpornym na duże stężenia myśli chrześcijańskiej odradzam) - każda z nas ma w sobie potrzebę przeżycia czegoś niezwykłego. Wielu z nas wydaje się, że w tych czasach i w tej rzeczywistości nie spotka nas nic wyjątkowego. Dlatego rzucamy się w wirtualne awantury, ubijamy smoki, zdobywamy królestwa, zwyciężamy w potyczkach, uczestniczymy w wielkiej polityce. Gdybym miała ambicje pisać tego posta w klimacie "gry są złe, stap that", to przekonywałabym wszystkich, że przygód należy szukać w rzeczywistości a nie na ekranie. Ale gówno prawda. Bawcie (bawmy) się dobrze i poza tym bezpiecznie, wiadomo jak kończą się czasem 'realne' przygody ;)
3. Bo chcemy stać sie kimś innym - wcielić się w cudzą skórę to dopiero zabawa. W życiu zdarza się rzadko i zazwyczaj nie bez konsekwencji, a u niektórych skutkuje dwudziestą operacją plastyczną. Natomiast gejmerka przeżywa dziesiątki różnych żyć, każde na swój sposób, każde jako ktoś inny i każde w innym celu. Kiedy naprawdę się wkręcimy, to całkowicie wtapiamy się w świat na ekranie, myślimy tak jak bohater i przeżywamy prawdziwe emocje. Za to trzeba podziękować twórcom dobrych gier komputerowych - tworzą światy, w których możemy tak bardzo się zatopić. Działa to także w sensie o wiele bardziej dosłownym - obecne w wielu erpegach kreatory postaci dają nam możliwość ukształtowania postaci, a więc naszego wirtualnego odpowiednika w dowolny niemal sposób. Vivat character creation!
4. Bo interesują nas różne rzeczy - amatorki historii kochają umiejscowione w takich właśnie realiach strategie. Fantastki (w sumie to bardzo duży procent kobiet-graczy w ogóle) wędrują po magicznych światach. Miłośniczki kosmosu odbywają podróże międzygwiezdne. Gracze, a więc i graczki, to nie są (zazwyczaj) wpatrzeni w ekran idioci, ale ludzie o szerokich horyzontach, zaś gra to dla nich często sposób na niemal bezpośredni kontakt z tym, co ich interesuje. W internecie znaleźć można setki opowieści pt "Czego nauczyła mnie ta gra". Aspekt edukacyjny gejmingu to wciąż niedoceniane przez wielu pole.
5. Bo jesteśmy estetkami - wiele z dziewczyn swoją potrzebę upiększania świata (także samą sobą oczywiście!) realizuje będąc szafiarką, projektantką wnętrz (także wnętrz osobistych), malując, robiąc sobie piękne paznokcie, tresując swojego mężczyznę na okoliczność odpowiedniej długości zarostu. Dlatego, że lubimy gdy otaczają nas piękne rzeczy. Gry natomiast w obecnym czasie to już prawdziwe dzieła sztuki. Naprawdę jest na co popatrzeć. Takich krajobrazów jak w Skyrim, Wiedźminie czy najnowszym Dragon Age próżno szukać w swojej najbliższej okolicy. Nie dość, że sztaby grafików tworzą dla nas takie światy, to jeszcze pozwala się nam nie raz osobiście je kształtować. Żyć nie umierać.
6. No dobrze, wróćmy tak bliżej zakończenia jeszcze raz do facetów - ale tym razem tych wirtualnych. Świat gier kipi od męskich postaci, z którymi nie raz chciałoby się spotkać w realnym świecie. Tak jak panowie lubią zawiecić oko na ponętnych bohaterkach, tak i my nie pogardzimy podobnym kąskiem. Może to dziwne, ale z drugiej strony czym różni się to od wzdychania do zdjęcia przystojnego aktora? Jest on przecież mniej więcej tak samo osiągalny ;)
7. Bo po prostu to coś co lubimy! - w zasadzie cąły powyższy post można uznać za niepotrzebny. Bo po co tak to rozbijać, szukać jakichś psychologicznych przyczyn? Gramy zupełnie z tego samego powodu co mężczyźni - kręci nas to, w ten sposób zapełniamy sobie czas. Nie ma prostszego i prawdziwszego wyjaśnienia. I wszystkie te powyższe pobudki mogłyby być wspólne dla obu płci (może nawet ten podryw). A że skutkiem ubocznym jest bycie grającą kobietą (to brzmi dumnie!), to tylko dodatkowy plus!
![]() |
| Leliana, Dragon Age: Inquisition |
1. Bo faceci - miejmy za sobą ten punkt, który od razu pewnie wielu osobom przychodzi do głowy. Tak, gry do świetny sposób na podryw, chociaż oczywiście dotyczy tylko pewnej grupy potencjalnych celów. I nawet nie śmieje się w tym momencie tak bardzo, bo ten sposób na upolowanie miłości życia wciąż uważam za bardziej szlachetny niż świecenie tyłkiem w klubach. Każdy ma swój target i jest wiele babeczek takich jak i ja, które swojego księcia z bajki wolą spotkać przy wspólnym ekspieniu niż w tańcu obmacywańcu. Liczy się jednak podejście. Prawdziwego szacuna u gracza nie zdobędzie ta, która na pamięć wyuczyła się 50 losowych bohaterów Lig of Ledżends, albo zrobiła zobie zdjęcie ciamkając pada. Bycie graczem udawanym to zło. Poza tym trzeba pamiętać na wirtualnych polach bitew spotkać można miłość życia jak i zwyczajną świnie. Jak wszędzie, jak w życiu. Ale próbować można.
![]() |
| Miranda, Mass Effect 2 |
2. Bo każda z nas chce przeżyć przygodę - jest to poniekąd myśl zaczerpnięta z książki "Urzekająca" (nieodpornym na duże stężenia myśli chrześcijańskiej odradzam) - każda z nas ma w sobie potrzebę przeżycia czegoś niezwykłego. Wielu z nas wydaje się, że w tych czasach i w tej rzeczywistości nie spotka nas nic wyjątkowego. Dlatego rzucamy się w wirtualne awantury, ubijamy smoki, zdobywamy królestwa, zwyciężamy w potyczkach, uczestniczymy w wielkiej polityce. Gdybym miała ambicje pisać tego posta w klimacie "gry są złe, stap that", to przekonywałabym wszystkich, że przygód należy szukać w rzeczywistości a nie na ekranie. Ale gówno prawda. Bawcie (bawmy) się dobrze i poza tym bezpiecznie, wiadomo jak kończą się czasem 'realne' przygody ;)
![]() |
| Caitlyn, League of Legends |
3. Bo chcemy stać sie kimś innym - wcielić się w cudzą skórę to dopiero zabawa. W życiu zdarza się rzadko i zazwyczaj nie bez konsekwencji, a u niektórych skutkuje dwudziestą operacją plastyczną. Natomiast gejmerka przeżywa dziesiątki różnych żyć, każde na swój sposób, każde jako ktoś inny i każde w innym celu. Kiedy naprawdę się wkręcimy, to całkowicie wtapiamy się w świat na ekranie, myślimy tak jak bohater i przeżywamy prawdziwe emocje. Za to trzeba podziękować twórcom dobrych gier komputerowych - tworzą światy, w których możemy tak bardzo się zatopić. Działa to także w sensie o wiele bardziej dosłownym - obecne w wielu erpegach kreatory postaci dają nam możliwość ukształtowania postaci, a więc naszego wirtualnego odpowiednika w dowolny niemal sposób. Vivat character creation!
![]() |
| Triss Merigold, The Witcher |
4. Bo interesują nas różne rzeczy - amatorki historii kochają umiejscowione w takich właśnie realiach strategie. Fantastki (w sumie to bardzo duży procent kobiet-graczy w ogóle) wędrują po magicznych światach. Miłośniczki kosmosu odbywają podróże międzygwiezdne. Gracze, a więc i graczki, to nie są (zazwyczaj) wpatrzeni w ekran idioci, ale ludzie o szerokich horyzontach, zaś gra to dla nich często sposób na niemal bezpośredni kontakt z tym, co ich interesuje. W internecie znaleźć można setki opowieści pt "Czego nauczyła mnie ta gra". Aspekt edukacyjny gejmingu to wciąż niedoceniane przez wielu pole.
![]() |
| Kate Walker, Syberia |
5. Bo jesteśmy estetkami - wiele z dziewczyn swoją potrzebę upiększania świata (także samą sobą oczywiście!) realizuje będąc szafiarką, projektantką wnętrz (także wnętrz osobistych), malując, robiąc sobie piękne paznokcie, tresując swojego mężczyznę na okoliczność odpowiedniej długości zarostu. Dlatego, że lubimy gdy otaczają nas piękne rzeczy. Gry natomiast w obecnym czasie to już prawdziwe dzieła sztuki. Naprawdę jest na co popatrzeć. Takich krajobrazów jak w Skyrim, Wiedźminie czy najnowszym Dragon Age próżno szukać w swojej najbliższej okolicy. Nie dość, że sztaby grafików tworzą dla nas takie światy, to jeszcze pozwala się nam nie raz osobiście je kształtować. Żyć nie umierać.
![]() |
| Zoya, Trine |
6. No dobrze, wróćmy tak bliżej zakończenia jeszcze raz do facetów - ale tym razem tych wirtualnych. Świat gier kipi od męskich postaci, z którymi nie raz chciałoby się spotkać w realnym świecie. Tak jak panowie lubią zawiecić oko na ponętnych bohaterkach, tak i my nie pogardzimy podobnym kąskiem. Może to dziwne, ale z drugiej strony czym różni się to od wzdychania do zdjęcia przystojnego aktora? Jest on przecież mniej więcej tak samo osiągalny ;)
![]() |
| Aela, Skyrim |
7. Bo po prostu to coś co lubimy! - w zasadzie cąły powyższy post można uznać za niepotrzebny. Bo po co tak to rozbijać, szukać jakichś psychologicznych przyczyn? Gramy zupełnie z tego samego powodu co mężczyźni - kręci nas to, w ten sposób zapełniamy sobie czas. Nie ma prostszego i prawdziwszego wyjaśnienia. I wszystkie te powyższe pobudki mogłyby być wspólne dla obu płci (może nawet ten podryw). A że skutkiem ubocznym jest bycie grającą kobietą (to brzmi dumnie!), to tylko dodatkowy plus!
Subskrybuj:
Posty (Atom)















