Blog lajfstajlowy

niedziela, 28 grudnia 2014

Ratunku, siedzę w kiszce

Skoro poruszone zostały już tematy kulturalne, kosmetyczne i ogólnożyciowe, może by tak zająć się dla odmiany tematem wnętrzarskim. Teoretycznie powiedzieć wiele nie mogę, gdyż nie dysponuję calutkim mieszkaniem na własność i nie moge podzielić się doświadczeniem w zagospodarowaniu większych powierzchni. Jednak w myśl zasady "wiem, to się podziele, a ktoś może skorzysta" chciałabym napisać parę słów o życiu w niedużym i mało ustawnym pokoju. Szczególnie polecam osobom, które w takowym spędzają całe życie i po latach ogarnia ich już zupełna beznadzieja, a także tym, które w ciasnej przestrzeni znalazły sie nagle (czyli głównie ci, którym przyszło wynajmować swój kąt z okazji studiów itp.).

Co mogę powiedzieć od siebie na wstępie: nie, nie jestem w stu procentach zadowolona z tego jak teraz mam urzadzoną swoją przestrzeń, jednak z biegiem czasu dokonuję w niej istotnych zmian. Dzięki temu krok po kroku zbliżam się do wnętrza co raz bardziej estetycznego i funkcjonalnego.

Przepraszam za brak zdjęć mojego pokoju. To niestety nie będzie typowy wpis "Przed i po", gdyż jak już parokrotnie wspominałam, nie chcę (przynajmniej na razie) wpuszczać dzikich internetów do mojej przywatności. Myślę jednak, że poradzę sobie i bez takiego dosłownego ilustrowania.

Jak wszystkie moje posty, ten także będzie zupełnie subiektywny i pisany przez amatora, więc państwo wnętrzarze dupa cicho.



1. Zasady ogólne

a) Jednolite, jasne ściany.
Jest to bolączka, z którą wciąż jeszcze się nie uporałam. W przypływie nastoletniej fantazji swego czasu zarządziłam malowanie mojego pokoju na niebiesko-żółto i niestety tak zostało do tej pory. Nie mówie, że te kolory są złe, ale po pierwsze - odpowiednio użyte, po drugie - nie koniecznie do prywatnej sypialni w gruncie rzeczy dorosłej osoby, prędzej dla kilkulatka. Na pewno jednak w moich czterech ścianach nie zastosowałabym nigdy ciemnych i przytłaczających farb czy tapet albo paneli ciemnego drewna. Oczywiście istnieją bardziej dokładne instrukcje jak optycznie powiększyć pomieszczenie i stworzyć iluzję przestrzeni, ale te zostawię profesjonalistom

b) Nie za dużo wysokich mebli
Jeszcze do niedawna zabudowana byłam ze wszystkich stron drapaczami sufitu - regałami, szafami etc. Na mojej liście do eksmisji wciąż znajduje się olbrzymia trzydrzwiowa szafa zwana pieszczotliwie bydlęciem, jednak już zastąpienie jednego wysokiego regału niską komodą dało trochę oddechu. Ba, nawet minimalne obniżenie niektórych mebli - w moim przypadku zamiana łóżka z barokowym niemal zagłówkiem na proste - daje dużo.



c) Regularne odgracanie
Jestem bałaganiarzem i jestem chomikiem, a problem zagracenia dotyczy zarówno "zewnętrza" jak i chociażby mojej szafy z ubraniami. Jednak od czasu do czasu, gdy mnie coś napadnie, biorę wielkie worki na śmieci i pakuje do nich wszystko jak leci bez litości. Jeśli zaś moje serce zmięknie (nie potrafię np. wyrzucać literatury pięknej i pluszowych misiów) resztę ładuje do piwnicy. Niestety, strychem nie dysponuje, ale jeśli ktoś ma to polecam skorzystać. Wiem, że większość pewnie się skrzywi, ale niestety - jeśli chcesz funkcjonować w małym pomieszczeniu, to nie możesz sobie pozwolić na utonięcie pod hałdami śmieci. Plus, to z czym sama mam problem - nie tylko wyrzucanie, ale po prostu zwykłe codzienne porządkowanie. Wkładanie ubrań do szafy, książek na półki, papierów do szuflad, kosmetyków do pojemników etc. Nieodzowne, a jakże trudne :(

d) Mało przedmiotów na wierzchu
Pewnie pod koniec czytania tego postu każdy będzie miał powyżej uszu wzmianek o pudłach i pudełkach, ale dysponując niewielką przestrzenią koniecznie trzeba się z nimi zaprzyjaźnić. Jedno estetyczne pudełko na półce wygląda o wiele lepiej niż 20 rozstawionych bilelotów. Papiery na wierzchu to coś co psuje ład w sposób tragiczny. Dlatego oprócz nauki POZBYWANIA się, ważna jest też nauka GROMADZENIA i UKRYWANIA. Niczym wzorowy szeregowy opanować musimy sztukę kamuflażu.
Pamiętać jednak należy o jeszcze jednej rzeczy - nagromadzenie niemożliwej ilości pudeł we wszystkich wzorach i kolorach świata też nie jest dobre. Więc zanim zaczniesz znosić je do domu, przemyśl dobrze jakiej mają być wielkości, jaki kolor lub zestaw kolorów może pasować do wnętrza, na co każdy z pojemników przeznaczysz. W ten sposób zapanować można nad estetycznym chaosem.



2. Pro-tipy szczegółowe czyli FAQ stworzone z pytań, które sama sobie zadawałam.

a) W małym pokoju nie mam miejsca na porządne biurko, tymczasem jest mi ono niezbędne. Co robić?

Oczywiście istnieją różne skuteczne sposoby. Wiele osób poleca zakupienie po prostu niedużego stolika, pod którym można w zastępstwie szuflad trzymać estetyczne pudła. Niektórzy do roli biurka adaptują nawet parapety. Są to sposoby dobre zwłaszcza dla tych, dla których mały pokój jest przejściowym miejscem zamieszkania i nie muszą inwestować w meble na lata. Ja jednak zawzięłam się i postanowiłam znaleźć biurko w ścisłym tego słowa znaczeniu. Przyszedł bowiem czas, że moje ponad 15-letnie miejsce pracy (o jego stanie i urodzie lepiej nie mówić) przestało się nadawać do czegokolwiek. Przełaziłam sklepy meblowe bez większych nadzieji - wszystkie biurka były albo zbyt szerokie (dysponowałam mniej więcej metrem szerokości blatu), albo zbyt proste (sam blat z jedną szufladką nie wchodził w grę - w mieszkaniu gdzie i tak nigdy nie wiadomo gdzie co schować mimo wspomnianego odgracania). Oświecenie jednak nadeszło, kiedy wpadłam na biurko narożne, o blacie w kształcie kwadratu z 'obciętym' jednym rogiem, tam gdzie docelowo przy nim siadamy. Strzał w dziesiątkę - mieściło się na szerokość z dużym zapasem, powierzchnia blatu przeogromna, a pod spodem bogactwo półek i szafek. Tak więc biurko narożne polecam każdemu posiadaczowi ciasnego ale własnego.



b) W czym trzymać szpargały? Tak, żeby było tanio, ale jakoś wyglądało?

Odpowiedź prosta i szybka - kosze wiklinowe. Dostępne w różnych kolorach, kształtach i rozmiarach. Jeśli zaś kosze wiklinowe zupełnie Ci nie podchodzą, zostają pudła i pudełka. ew w opcji zapewne nieco droższej - skrzynie. Jeśli ma się talent plastyczny i wyczucie można eksperymentować z własnoręcznym ozdabianiem, oklejaniem, malowaniem i czym się tam chce.
Ważna rzecz - plastikowe kosze i tym podobne wyroby są słabym pomysłem, gdyż ą mało wytrzymałe i bardzo łatwo można je wykończyć.
Druga ważna rzecz - lepiej żeby pojemniki nie były wyposażone w dziury czy przezroczystości - niech szpargały zostają w ukryciu.

c) Moja szafa nie wyrzymuje naporu ciuchów - co robić?

Kupić mniejszą szafę. Albo w ogóle z niej zrezygnować. Poważnie. Jak wspominałam, w moim pokoju po dziś dzień króluje niestety trzydrzwiowe monstrum, które w dodatku ma swoje lata i jego stan zaczyna być opłakany. Oraz, oczywiście, w ogóle nie mieszczą mi się w nim ciuchy, a każda kolejna próba ogarnięcia tego chaosu kończy się rwaniem włosów z głowy. Dlatego też w nadchodzącym roku planuję pozbycie się molocha i zakupienie czegoś w zamian. Być może półek, być może wąskiej szafy dwudrzwiowej, być może wieszaka. Jest to plan jeszcze nieokreślony. Cel jest jednak jeden - muszę sama siebie zmusić do wyrzucenia połowy ciuchów. Podziwiam, naprawdę w głębi serca podziwiam ludzi, którzy potrafią żyć z kilkoma ciuchami na krzyż i są z nimi zupełnie szcześliwi. Odsyłam tutaj do postu Style digger -  być może zainspiruje kogoś do zrobienia generalnej rewolucji w swojej garderobie. Każda z nas wie jak to jest - już nawet otworzysz tą szafe, nawet przygotujesz wory, które potem wyniesiesz do kontenera lub których zawartość przedstawisz koleżankom, ale znowu niemoc! Ten ciuch to pamiątka z niezapomnianych wakacji. Ten dała Ci mama, więc będzie jej przykro jak wyrzucisz. Ten miałaś na sobie dwa razy w mijającym roku więc to znaczy, że nosisz i jest Ci wciąż potrzebny. STOP. NIEPRAWDA. Trzeba się raz na zawsze pozbyć sentymentów i zostawić to, co najbardziej potrzebne. Nie trzeba oczywiście popadać w skrajności - nikt nie każe żyć przez rok z dwoma t-shirtami i jednym swetrem. Natoiast należy nauczyć się pozbywać. Jeśli zaś szkoda Ci, że tyle świetnych ciuchów idzie na marnacje, tyle pieniędzy do wora trafia, to po prostu sprzedaj. Allegro czy facebookowe grupy stoją otworem, niech inne baby się z nimi męczą. Dla dodania odwagi przypominam, że sama w najbliższej przyszłości się z tym zmierze i pewnie też nie będzie łatwo. Jestem jednak pewna, że po dokonaniu tego dzieła poczuję niesamowitą ulgę. Poza tym jeśli faktycznie opylisz pare szmatek, to wyobraź sobie już te zakupy, na które wydasz zarobioną kasę. Byle nie przynieść do domu ogromnej ilości ciuchów! Kup wtedy dwie-trzy bazowe rzeczy dobrej jakości, a nie będziesz żałować.



d) Coś mi nie leży, nie mam pojęcia co. Halp.

Często nieodzowną pomocą w rozwiązaniu problemu małego pomieszczenia są postronni obserwatorzy. Życie w jednym pokoju dzień w dzień, przez lata, sprawia, że przestajemy zauważać to co jest nie tak i miotamy się nie wiedzac co jeszcze można poprawić. Zaproś koleżanki/rodzinę/przystojnego mężczyznę i zapytaj co oni by tutaj zmienili. Ktoś w końcu wpadnie na coś odkrywczego.

e) Wszystko to fajnie pod warunkiem, że dysponuje sie kasą. Co jeśli nie?

Wśród wszystkich rzeczy, o których pisałam jest jedna, która nic nie kosztuje, a nawet może przynieść zysk. Jest to oczywiście POZBYWANIE się. To można zrobić zawsze, a gwarantuję, że jest to ogromny krok w stronę opanowania niesfornego ciasnego pomieszczenia. Od tego z resztą zawsze należy zacząć, bo najzgrabniejsze meble i najsprytniejsze iluzje kolorystyczne nie sprawią, że przestrzeń się powiększy, o ile przede wszystkim nie zostanie ona po prostu odkopana spod zwałów śmieci, które nikomu w rzeczywistości nie są potrzebne.

f) Mój pokój to wciąż klitka, a nie przytulne gniazdko. Jak to zmienić?

Należy pamiętać, że nieocenioną rolę w wyglądzie pomieszczenia odgrywa oświetlenie. Najlepiej, wg mojego doświadczenia, żeby było ono "stopniowe". Już tłumaczę. Musisz na bieżąco mieć swobodę decydowania o tym jak będzie oświetlony twój pokój. Dobra lampa na suficie, żeby w razie potrzeby dysponować dokładnym doswietleniem każdego kąta. Gdy chcesz poczytać - niewielka lampka w okolicach łóżka dająca ciepłe, nieco stłumione światło. Do pracy - lampka na biurku, która da niezbędne doświetlenie blatu. Daję słowo, że w moim pokoju są obecnie trzy lampy, a czwarta w zapasie. Manipulując światłem można uzyskać zarówno efekt przytulności jak i przestrzeni (w sumie to uzupełnienie tego o czym mówiłam na początku - światło = przestrzeń).

*****

Dziękuję za uwagę i zaprazam do zadawania pytań wszystkich posiadaczy malych powierzchni mieszkalnych :)

piątek, 26 grudnia 2014

Pomówmy po babsku

Długo zastanawiałam się nad sensownością pisania tego posta. Nie jestem sławną blogerką i tu z prawej strony nie patrzy na was perfekcyjnie zrobiona twarz ulubienicy tłumów. Potem jednak pomyślałam, że sama lubię w sieci spotykać podobne wypocinki, nieważne u kogo. Poza tym fakt, że nie dostanę za niego ani grosza może świadczyć o jego absolutnej szczerości i w przypadku czyjegoś cudownego zawitania w te progi być może się przyda.

Więc CZEŚĆ DZIEWCZYNY i jedziemy z listą kosmetyków i te pe, które na co dzień ratują mi skórę (i inne części ciała):

1. Krem do rąk



Z racji tego, że po pierwsze moja skóra, zwłaszcza na dłoniach, lubi się wysuszać, a będąc skórą atopową - okropnie pękać, piec i swędzieć, a także przez to że przynajmniej dwa-trzy razy w tygodniu muszę pracować w rękawiczkach, krem do rąk jest nieodzowną częścią mojego życia codziennego. Nie tylko mojego z resztą, jeśli pójdziesz do moich dziewczyn z roku i rzucisz grzecznym pytaniem "Ej laski, ma któraś krem do rąk?" dostaniesz 10 wyciągniętych momentalnie tubek. Czasem dwie w jednej dłoni.
Może to kwestia autosugestii, ale w moim przypadku sprawdzają się tylko kremy Garniera. Kiedyś klasyczny czerwony, teraz ten "Nawilżenie 7 dni" o zapachu mango (opakowanie jest teraz lekko zmienione, stosuje zdjęcia z internetów dla zachowania pozorów prywatności <ok>)
Miałam też krótki romans z kremem Eva Natura Zioła Polskie, ale mimo pozytywnych opinii krążących po sieci wywołał u mnie jedynie wstręt do cytrynowych zapachów. Zbyt wodnisty, za mało hardkorowy dla moich biednych łapek. :( Smutna buzia.

2. Jedwab do włosów.


Product 2

Prawdopodobnie nigdy nie zasłużę sobie na tytuł włosomaniaczki, bo też niestety swoje włosy mam zazwyczaj w głębokim poważaniu. Nie narzekam na nie, bo przynajmniej mam ich sporo (chociaż cienkie) i ogólnie "dają radę", ale lepiej nie mówić kiedy ostatnio byłam u fryzjera albo robiłam im cokolwiek niezwykłego poza (o zgrozo!) nieustannym farbowaniem na różne lisie (a jakże) kolory. Mimo to jest jedna rzecz, która trochę mnie rozgrzesza - nauczyłam się stosować jedwab do włosów. Polecam wszystkim serdecznie jedwab (właściwie 'odżywkę z jedwabiem') Marion Natura Silk. Nie mam co prawda porównania z innymi, ale niech to świadczy o tym, że pierwszy strzał był zupełnie zadowalający. Oprócz tego po każdym myciu leci też odżywka w sprayu Gliss Kur oraz...

3. Pianka do włosów

To jest klasyczny przykład sytuacji pt "dzieci słuchajcie rodziców". Pewnie gdybym wcześniej stosowała się do rad odnośnie używania pianki do włosów, to pare szczenięcych lat mniej przełaziłabym w wersji na szczura kanałowego. Teraz jestem już szczurem napuszonym. Dla mnie osobiście najważniejszym efektem działania pianki jest to, że włosy trzymają się na jednym myciu 2-3 dni. Doświadczalnie sprawdzone zostało, że moje hery w wersji saute kluchują się po kilkunastu godzinach <tak> Ale uwaga, pianka Wellaflex koniecznie o mocy 5, słabsze to jedynie 1-1,5 dnia radości.

4. Lakier do paznokci



Paznokciomaniaczką też nie jestem. Może wręcz jestem nicmaniaczką. Ale to nie zmienia faktu, że te milusie okrąglusie lakiery Miss Sporty dażę uczuciem odwzajemnionym. Może i nie są wielkie objętościowo. Może faktycznie szybko tracą swoje właściwości i wysychają w buteleczce (ja akurat nie narzekam, to opinia zasłyszana). Ale dla takich manualnych nieogarów jak ja są fantastyczne. Po pierwsze jest coś w oryginalnym dosyć grubym i okrągłym pędzelku. Po drugie nie trzeba mozolnie nakładać tysięcy warstw i walczyć z nierównościami - szast prast, jedna warstwa, druga dla intensywności i wyrównania i jadę. Kilka dni, mimo że i dla paznokci nie mam miłosierdzia. Aha, i najważniejsze - kosztują ok 7 zł ;D Najnowszym nabytkiem jest obecnie kolor musztardowy, ale jeszcze nie miałam odwagi użyć, natomiast świątecznie występowałam w kolorze malinowym.


5. Kredka do oczu


Oczy to jedna z nielicznych części ciała, na które w duchu nie narzekam (oczy nie tyją! wow wow). Lubię ich kształt i kolor, więc należy im się z tego tytułu odpowiednia oprawa. Oprócz tego co robi większość z nas, czyli tuszowania (Rimmel Extra Super Lash w moim przypadku), na codzień stosuję także kredkę. Od lat niezmiennie w kolorze ciemnego brązu (prawie czarny, ale jednak ta ciepła nutka!), zawsze od l'Oreala. Czasem z pyndzlem (boleje, bo takową gdzieś posiałam :() czasem bez, czasem na dolną powiekę, czasem na obie (była też faza na górną powiekę jedynie, ale jakoś przeszła). Bez kredki czuję się jakaś taka niedorobiona, nieokreślona i nieprofesjonalna (tak jakby kredka miała cos tu pomóc, ha-ha)


***Bonusssss: Jak zrobiłam, że nie mam pryszcza:

Cieszę się, że od jakiegoś czasu znajome (zwłaszcza te dawniej widziane) mówią, że mam obecnie ładną cerę. Nawet bardzo, bo wcale nie byłam pod tym względem łagodnie potraktowana przez los. Całe wieki temu, w nieszczęsnym czasie gimnazjum, z moją twarzą zaczęły się dziać złe rzeczy. ZŁE. BARDZO. Oczywiście w ruch poszli dermatolodzy, antybiotyki... jasne, działało, dopóki miłe bakterie, w zemście za surowe traktowanie, nie postanowiły odrobinkę nabyć oporności i nie urządziły sobie ponownej imprezy w czasach liceum. Pewnie człowiek normalny poszedłby znowu do lekarza i wyszedł z receptą na kolejny antybiotyk, suszył sobie nim skórę twarzy kolejne x lat i nie wiadomo co dalej. Mnie tym czasem wybawił przypadkiem wynaleziony żel z oczarem:


Jedyne co można było mu zarzucić to lekko nieprzyjemny zapach (antybiotyki potrafią walić gorzej...), ale przy stosowaniu na noc nie miało to większego znaczenia. Przy wsparciu, oczywiście, odpowiedniej higieny oczar zadziałał rewelacyjnie. Nie ukrywam, że mogła być to też po prostu kwestia "wyrośnięcia" z trądziku, ale w takim razie muszę być jakimś cudownym przypadkiem, który przeszedł z jednego ekstremum w drugie. Tak czy siak polecam jednak tą niepozornie wyglądającą tubkę. Aha, jak to z żelami bywa, ten także bardzo przyjemnie chłodzi skórę. Przynajmniej z tego co pamiętam, bo teraz jestem w sytuacji na tyle dobrej, że wystarcza mi jedynie codzienne mycie twarzy. Do tego zaś od lat stosuję niezmiennie Nivea Visage Clean Deeper - miły żelopeeling.


Swoją drogą ostatnio nie widzę go na półkach więc jakby ktoś miły kiedyś przypadkiem tu był i wiedzial czy zniknął czy zmienił dizajn czy jeszcze co innego to proszę o cynk
I takie jakby PS2: jakby ktoś polecił dobry dla nowicjuszki eyeliner w pędzelku lub pisaku to też miło by było ;)

Pozdrawiam i spóźnione Wesołych Świąt :)