Co mogę powiedzieć od siebie na wstępie: nie, nie jestem w stu procentach zadowolona z tego jak teraz mam urzadzoną swoją przestrzeń, jednak z biegiem czasu dokonuję w niej istotnych zmian. Dzięki temu krok po kroku zbliżam się do wnętrza co raz bardziej estetycznego i funkcjonalnego.
Przepraszam za brak zdjęć mojego pokoju. To niestety nie będzie typowy wpis "Przed i po", gdyż jak już parokrotnie wspominałam, nie chcę (przynajmniej na razie) wpuszczać dzikich internetów do mojej przywatności. Myślę jednak, że poradzę sobie i bez takiego dosłownego ilustrowania.
Jak wszystkie moje posty, ten także będzie zupełnie subiektywny i pisany przez amatora, więc państwo wnętrzarze dupa cicho.
1. Zasady ogólne
a) Jednolite, jasne ściany.
Jest to bolączka, z którą wciąż jeszcze się nie uporałam. W przypływie nastoletniej fantazji swego czasu zarządziłam malowanie mojego pokoju na niebiesko-żółto i niestety tak zostało do tej pory. Nie mówie, że te kolory są złe, ale po pierwsze - odpowiednio użyte, po drugie - nie koniecznie do prywatnej sypialni w gruncie rzeczy dorosłej osoby, prędzej dla kilkulatka. Na pewno jednak w moich czterech ścianach nie zastosowałabym nigdy ciemnych i przytłaczających farb czy tapet albo paneli ciemnego drewna. Oczywiście istnieją bardziej dokładne instrukcje jak optycznie powiększyć pomieszczenie i stworzyć iluzję przestrzeni, ale te zostawię profesjonalistom
b) Nie za dużo wysokich mebli
Jeszcze do niedawna zabudowana byłam ze wszystkich stron drapaczami sufitu - regałami, szafami etc. Na mojej liście do eksmisji wciąż znajduje się olbrzymia trzydrzwiowa szafa zwana pieszczotliwie bydlęciem, jednak już zastąpienie jednego wysokiego regału niską komodą dało trochę oddechu. Ba, nawet minimalne obniżenie niektórych mebli - w moim przypadku zamiana łóżka z barokowym niemal zagłówkiem na proste - daje dużo.
c) Regularne odgracanie
Jestem bałaganiarzem i jestem chomikiem, a problem zagracenia dotyczy zarówno "zewnętrza" jak i chociażby mojej szafy z ubraniami. Jednak od czasu do czasu, gdy mnie coś napadnie, biorę wielkie worki na śmieci i pakuje do nich wszystko jak leci bez litości. Jeśli zaś moje serce zmięknie (nie potrafię np. wyrzucać literatury pięknej i pluszowych misiów) resztę ładuje do piwnicy. Niestety, strychem nie dysponuje, ale jeśli ktoś ma to polecam skorzystać. Wiem, że większość pewnie się skrzywi, ale niestety - jeśli chcesz funkcjonować w małym pomieszczeniu, to nie możesz sobie pozwolić na utonięcie pod hałdami śmieci. Plus, to z czym sama mam problem - nie tylko wyrzucanie, ale po prostu zwykłe codzienne porządkowanie. Wkładanie ubrań do szafy, książek na półki, papierów do szuflad, kosmetyków do pojemników etc. Nieodzowne, a jakże trudne :(
d) Mało przedmiotów na wierzchu
Pewnie pod koniec czytania tego postu każdy będzie miał powyżej uszu wzmianek o pudłach i pudełkach, ale dysponując niewielką przestrzenią koniecznie trzeba się z nimi zaprzyjaźnić. Jedno estetyczne pudełko na półce wygląda o wiele lepiej niż 20 rozstawionych bilelotów. Papiery na wierzchu to coś co psuje ład w sposób tragiczny. Dlatego oprócz nauki POZBYWANIA się, ważna jest też nauka GROMADZENIA i UKRYWANIA. Niczym wzorowy szeregowy opanować musimy sztukę kamuflażu.
Pamiętać jednak należy o jeszcze jednej rzeczy - nagromadzenie niemożliwej ilości pudeł we wszystkich wzorach i kolorach świata też nie jest dobre. Więc zanim zaczniesz znosić je do domu, przemyśl dobrze jakiej mają być wielkości, jaki kolor lub zestaw kolorów może pasować do wnętrza, na co każdy z pojemników przeznaczysz. W ten sposób zapanować można nad estetycznym chaosem.
2. Pro-tipy szczegółowe czyli FAQ stworzone z pytań, które sama sobie zadawałam.
a) W małym pokoju nie mam miejsca na porządne biurko, tymczasem jest mi ono niezbędne. Co robić?
Oczywiście istnieją różne skuteczne sposoby. Wiele osób poleca zakupienie po prostu niedużego stolika, pod którym można w zastępstwie szuflad trzymać estetyczne pudła. Niektórzy do roli biurka adaptują nawet parapety. Są to sposoby dobre zwłaszcza dla tych, dla których mały pokój jest przejściowym miejscem zamieszkania i nie muszą inwestować w meble na lata. Ja jednak zawzięłam się i postanowiłam znaleźć biurko w ścisłym tego słowa znaczeniu. Przyszedł bowiem czas, że moje ponad 15-letnie miejsce pracy (o jego stanie i urodzie lepiej nie mówić) przestało się nadawać do czegokolwiek. Przełaziłam sklepy meblowe bez większych nadzieji - wszystkie biurka były albo zbyt szerokie (dysponowałam mniej więcej metrem szerokości blatu), albo zbyt proste (sam blat z jedną szufladką nie wchodził w grę - w mieszkaniu gdzie i tak nigdy nie wiadomo gdzie co schować mimo wspomnianego odgracania). Oświecenie jednak nadeszło, kiedy wpadłam na biurko narożne, o blacie w kształcie kwadratu z 'obciętym' jednym rogiem, tam gdzie docelowo przy nim siadamy. Strzał w dziesiątkę - mieściło się na szerokość z dużym zapasem, powierzchnia blatu przeogromna, a pod spodem bogactwo półek i szafek. Tak więc biurko narożne polecam każdemu posiadaczowi ciasnego ale własnego.
b) W czym trzymać szpargały? Tak, żeby było tanio, ale jakoś wyglądało?
Odpowiedź prosta i szybka - kosze wiklinowe. Dostępne w różnych kolorach, kształtach i rozmiarach. Jeśli zaś kosze wiklinowe zupełnie Ci nie podchodzą, zostają pudła i pudełka. ew w opcji zapewne nieco droższej - skrzynie. Jeśli ma się talent plastyczny i wyczucie można eksperymentować z własnoręcznym ozdabianiem, oklejaniem, malowaniem i czym się tam chce.
Ważna rzecz - plastikowe kosze i tym podobne wyroby są słabym pomysłem, gdyż ą mało wytrzymałe i bardzo łatwo można je wykończyć.
Druga ważna rzecz - lepiej żeby pojemniki nie były wyposażone w dziury czy przezroczystości - niech szpargały zostają w ukryciu.
c) Moja szafa nie wyrzymuje naporu ciuchów - co robić?
Kupić mniejszą szafę. Albo w ogóle z niej zrezygnować. Poważnie. Jak wspominałam, w moim pokoju po dziś dzień króluje niestety trzydrzwiowe monstrum, które w dodatku ma swoje lata i jego stan zaczyna być opłakany. Oraz, oczywiście, w ogóle nie mieszczą mi się w nim ciuchy, a każda kolejna próba ogarnięcia tego chaosu kończy się rwaniem włosów z głowy. Dlatego też w nadchodzącym roku planuję pozbycie się molocha i zakupienie czegoś w zamian. Być może półek, być może wąskiej szafy dwudrzwiowej, być może wieszaka. Jest to plan jeszcze nieokreślony. Cel jest jednak jeden - muszę sama siebie zmusić do wyrzucenia połowy ciuchów. Podziwiam, naprawdę w głębi serca podziwiam ludzi, którzy potrafią żyć z kilkoma ciuchami na krzyż i są z nimi zupełnie szcześliwi. Odsyłam tutaj do postu Style digger - być może zainspiruje kogoś do zrobienia generalnej rewolucji w swojej garderobie. Każda z nas wie jak to jest - już nawet otworzysz tą szafe, nawet przygotujesz wory, które potem wyniesiesz do kontenera lub których zawartość przedstawisz koleżankom, ale znowu niemoc! Ten ciuch to pamiątka z niezapomnianych wakacji. Ten dała Ci mama, więc będzie jej przykro jak wyrzucisz. Ten miałaś na sobie dwa razy w mijającym roku więc to znaczy, że nosisz i jest Ci wciąż potrzebny. STOP. NIEPRAWDA. Trzeba się raz na zawsze pozbyć sentymentów i zostawić to, co najbardziej potrzebne. Nie trzeba oczywiście popadać w skrajności - nikt nie każe żyć przez rok z dwoma t-shirtami i jednym swetrem. Natoiast należy nauczyć się pozbywać. Jeśli zaś szkoda Ci, że tyle świetnych ciuchów idzie na marnacje, tyle pieniędzy do wora trafia, to po prostu sprzedaj. Allegro czy facebookowe grupy stoją otworem, niech inne baby się z nimi męczą. Dla dodania odwagi przypominam, że sama w najbliższej przyszłości się z tym zmierze i pewnie też nie będzie łatwo. Jestem jednak pewna, że po dokonaniu tego dzieła poczuję niesamowitą ulgę. Poza tym jeśli faktycznie opylisz pare szmatek, to wyobraź sobie już te zakupy, na które wydasz zarobioną kasę. Byle nie przynieść do domu ogromnej ilości ciuchów! Kup wtedy dwie-trzy bazowe rzeczy dobrej jakości, a nie będziesz żałować.
d) Coś mi nie leży, nie mam pojęcia co. Halp.
Często nieodzowną pomocą w rozwiązaniu problemu małego pomieszczenia są postronni obserwatorzy. Życie w jednym pokoju dzień w dzień, przez lata, sprawia, że przestajemy zauważać to co jest nie tak i miotamy się nie wiedzac co jeszcze można poprawić. Zaproś koleżanki/rodzinę/przystojnego mężczyznę i zapytaj co oni by tutaj zmienili. Ktoś w końcu wpadnie na coś odkrywczego.
e) Wszystko to fajnie pod warunkiem, że dysponuje sie kasą. Co jeśli nie?
Wśród wszystkich rzeczy, o których pisałam jest jedna, która nic nie kosztuje, a nawet może przynieść zysk. Jest to oczywiście POZBYWANIE się. To można zrobić zawsze, a gwarantuję, że jest to ogromny krok w stronę opanowania niesfornego ciasnego pomieszczenia. Od tego z resztą zawsze należy zacząć, bo najzgrabniejsze meble i najsprytniejsze iluzje kolorystyczne nie sprawią, że przestrzeń się powiększy, o ile przede wszystkim nie zostanie ona po prostu odkopana spod zwałów śmieci, które nikomu w rzeczywistości nie są potrzebne.
f) Mój pokój to wciąż klitka, a nie przytulne gniazdko. Jak to zmienić?
Należy pamiętać, że nieocenioną rolę w wyglądzie pomieszczenia odgrywa oświetlenie. Najlepiej, wg mojego doświadczenia, żeby było ono "stopniowe". Już tłumaczę. Musisz na bieżąco mieć swobodę decydowania o tym jak będzie oświetlony twój pokój. Dobra lampa na suficie, żeby w razie potrzeby dysponować dokładnym doswietleniem każdego kąta. Gdy chcesz poczytać - niewielka lampka w okolicach łóżka dająca ciepłe, nieco stłumione światło. Do pracy - lampka na biurku, która da niezbędne doświetlenie blatu. Daję słowo, że w moim pokoju są obecnie trzy lampy, a czwarta w zapasie. Manipulując światłem można uzyskać zarówno efekt przytulności jak i przestrzeni (w sumie to uzupełnienie tego o czym mówiłam na początku - światło = przestrzeń).
*****
Dziękuję za uwagę i zaprazam do zadawania pytań wszystkich posiadaczy malych powierzchni mieszkalnych :)










